Ogłoszenia parafialne (sekty pod wezwaniem Sexty)

OGŁOSZENIA PARAFIALNE (sekty pod wezwaniem Sexty):

Wstyd mi. Ale znów dużo się działo. Wyszłam za mąż, takie tam.

Kochani autostopowicze, przedstawiam ostatni rozdział Drogi.

INFO_NUMBER_2:

ZAPRASZAM NA NOWĄ WILCZĄ HISTORIĘ,
ZAPRASZAM NA TAGGED# MONSTERES

wtorek, 18 listopada 2014

12. OSIEM MINUS OSIEM: No matter how many times that you told me you wanted to leave (cz.3)



 W sumie udało mi się poprawić rozdział ciut wcześniej, więc... dobrej zabawy, mam nadzieję ;)

____________________
Łudził się jeszcze jakiś czas, że po prostu odłożył gdzieś zapalniczkę i może któraś z dziewczyn zabrała ją, żeby odpalić sobie papierosa, ale przecież u Minako nie widział żadnych fajek. U tej drugiej też nie zauważył, by narkotyzowanie się nikotyną było jej życiową pasją, a przynajmniej nie wyglądała na kogoś, kogo obchodzą tak trywialne sprawy jak zaspokojenie nałogu. Wyglądała, jakby wpadła w jakieś tarapaty i Must zaproponował nawet, że odwiezie ją do szpitala, bo już na pierwszy rzut oka widać było, że jest w fatalnym stanie. Dziewczyna oświadczyła jednak, że jej potrzeby w całości zaspokoiłby zwykły nocleg. Gdy go jej zaproponował (tak jakby nie pozostawiła mu wyboru) wyjaśniła jeszcze, że dobrze zna Minako i zmyją się z samego rana, a kiedy on zaczął się zapierać, iż nie ma takiej potrzeby, nikogo nie zamierza ponaglać, ani wyganiać, próbowała się chyba uśmiechnąć z wdzięcznością, w czego rezultacie wykonała coś pomiędzy prychnięciem, a chrząknięciem i poprosiła go o świeży ręcznik. Nie zwykł odmawiać kobietom w potrzebie, dlatego bez specjalnego żalu odstąpił im łóżko w sypialni, jedyne, jakie miał w swojej kawalerce, a sam przekimał się na łóżku polowym w kuchni.
Ale jeśli to ona zajumała mu fulbringa, chociaż okazał jej dobre serce, nawet nie znając jej imienia, to da jej popalić, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Albo ona sama sobie wymierzy karę, bo wątpił, aby wiedziała o zabezpieczeniu, które zastosował w fullbringu. Tym bardziej wątpił, żeby sama zechciała zwrócić mu jego własność. Musiał więc wymyśleć, jak ją odzyskać. A im dłużej nad tym myślał, tym bardziej był przekonany, że niebieskowłosa go okradła. Kiedy już się w tym uświadomił (po dłuższym zastanowieniu dałby sobie rękę uciąć, że zdążyła go obmacać, zanim wybiegła z mieszkania), zerwał z siebie fartuch, założył granatową marynarkę ze złotymi obszyciami, przeczesał palcami kruczoczarne włosy, zgarnął z komody dokumenty, otworzył drzwi i o mało nie narobił  pod siebie ze strachu.
– Kurwa mać! – wrzasnął na całą klatkę schodową, nie przejmując się tym, co sąsiedzi pomyślą o emerytowanym pułkowniku, uczącym dorywczo ich dzieci wf-u. – Dlaczego stoisz pod moimi drzwiami!
Stojący w progu mężczyzna nic nie odpowiedział. Opierał się o futrynę i zadzierał głowę, węsząc w powietrzu.
– Była tu – stwierdził, zamykając oczy i wdychając głęboko powietrze.
– Za to ciebie nie było na treningu od tygodnia! Gdzieś ty się szlajał?!
– Jest tu jeszcze?
– Powinienem cię wywalić z drużyny!
– Zapytałem. – Spod przymkniętych powiek wyjrzały wściekłe, kobaltowe ślepia. – Czy. Ona. Tu jeszcze. Jest, Must?
– „Czy ona tu jeszcze jest, trenerze”, jak już – poprawił go pułkownik, zakładając ręce na ramiona i nie przejmując się zupełnie ostrzegawczym warczeniem Arrancara.
Tym razem Espada posunął się dalej niż tylko rzucanie ostrzegawczych spojrzeń. Przeszedł przez próg, a jego łapa zacisnęła się na ramieniu Fullbringera.
– Posłuchaj mnie… Trenerze, Pułkowniku, czy kim ty tam u diabła jeszcze jesteś. – Dopiero z bliska Must dostrzegł, że oczy jego silnego skrzydłowego są przekrwione, a twarz wygląda na zmęczoną. – Nie spałem od stu sześćdziesięciu ośmiu godzin. Wolałbym, żebyś ze mną współpracował, bo nie mam siły się z nikim użerać. A im bardziej mi się nie chcę, tym łatwiej przychodzi mi… niszczyć różne wykurzające mnie… rzeczy. – Gdyby Must wciąż miał przy sobie swoją zapalniczkę, pewno nie przejąłby się takimi groźbami, ale ponieważ chwilowo był bezbronny, nie opłacało mu się ryzować, skoro nawet nie miał stuprocentowej pewności, o kogo chodzi. – Zapytam więc jeszcze raz: gdzie ona jest?
– Mógłbyś chociaż wyjaśnić, o kogo pytasz? – Trener Karakury odtrącił z ramienia dłoń swojego zawodnika.
– Ssshinigami – syknął Jaegerjaquez. – Cyjanowe oczy. Chabrowe włosy.
Pułkownik uniósł brwi.
– Rzeczywiście, była tu. Ale nawet nie wiem, jak się nazywa.
Kobaltowe oczy rozbłysły.
– Gdzie teraz jest? Dokąd poszła?
Where did you go? Where did you go? Where did you go?
– Sam chciałbym to wiedzieć.
– Do ciężkiej cholery… – Grimmjow zwalił się ciężko na komodę i odsapnął. – Wreszcie ją namierzyłem, a ona znowu zwiała.
– Utalentowana.
– Żebyś wiedział. – Na ustach Arrancara pojawił się cień uśmiechu. – Czego tu szukała?
– Noclegu.
– Czego?! – Niebieskie brwi zbliżyły się do siebie, ale po chwili na twarz Grimmjowa wrócił wyraz obojętności. – Zresztą. Powinienem się przyzwyczaić, że ta zaraza sypia u kogo popadnie.
Pułkownik wykrzywił się w uśmiechu, a jego czarne oczy zwęziły się, gdy spoglądał z góry na błękitnowłosego.
– Czy mi się wydaje, czy wyczuwam jakąś chemię?
– Nie.
– „Nie”, czy „już nie”?
– Powiedziałem, że nie, więc zamknij gębę.
– Jesteś pewien? – Fullbringer przekrzywił głowę, przyglądając mu się uważnie. – Jest w was coś podobnego, jak tak teraz myślę, to można nawet podejrzewać was o jakiś stopień pokrewieństwa… Może nawet powiedziałbym, że to twoja siostra? Chociaż nie, o siostrę przecież nie był byś…
– ZAMKNIJ RYJ! – Jaegerjaquez zerwał się na nogi i chwycił Musta za przód marynarki. – Jak tego nie zrobisz, przysięgam, że Karakura będzie musiała sobie szukać nowego trenera!
– Widzę, że jesteś bardzo drażliwy na tym punkcie. Ciekawe czemu.
– Widzę, że ci nie zależy na życiu. I to jest dopiero ciekawe.
Dłoń, którą Grimmjow trzymał Fullbringera, rozjarzyła się czerwoną poświatą. W tym samym momencie, na klatce schodowej rozległo się przeciągłe wycie, a zaraz potem w szparze między uchylonymi drzwiami pojawił się wilczy łeb. Przecisnął widmowy tułów przez szczelinę i usiadł w przedpokoju, patrząc wyczekująco w stronę mężczyzn, którzy zapomnieli o swojej sprzeczce i również przyglądali się zwierzęciu.
– Mam wilka w domu – zauważył całkiem spostrzegawczy pułkownik, unosząc w górę brwi. – Mało, że mnie pantery nachodzą, to jeszcze wilki jakieś!
Grimmjow prychnął i puścił go, zbliżając się do zwierzęcia, ale gdy tylko podszedł, wilk zamachał ogonem i wybiegł z mieszkania.
Espada zatrzymał się w progu i czochrając swoją błękitną grzywę, patrzył za czekającym na schodach wilkiem, aż usłyszał za sobą niepokojący szczęk i zgrzytnięcie. Zanim zdołał się obejrzeć, został wypchnięty na korytarz.
– Co, do kurwy…!
Reszta słów uwięzła mu w gardle. Tuż za nim stał Fullbringer, dzierżąc w dłoniach prawdziwego shotguna. Na dodatek jego ziejąca ciemnością lufa skierowana była prosto w nos Szóstego.
– Zabiję bestię.
Tell me would you kill to save your life?
Must skończył ładować broń i zabrał ją z przed twarzy Arrancara, mierząc teraz do widmowego zwierza. Espada westchnął i złapał za strzelbę, zmuszając mężczyznę, by ten skierował ją w dół.
– To nie będzie konieczne.
– Żartujesz?! – Pułkownik próbował ponownie wycelować w warczącego wilczura, ale Arrancar zgniótł lufę shotguna.
– NO EJ!
– Czymś takim i tak byś go nie załatwił – oświadczył, zerkając z lekceważeniem na strzelbę, która już nie do niczego się nie nadawała. Teraz ewentualnie mogła co najwyżej posłużyć za łom. Albo złom. – Skąd ty w ogóle masz takie gówno?
– W wojsku byłem.
– I rozdawali wam takie bajery? – Szósty uniósł brwi. – Może też powinienem się zgłosić do tego całego wojska.
Must wybuchnął gromkim śmiechem.
– Co cię tak bawi?
– Nie, nic. – Ale nie przestał się śmiać. Opanował się dopiero, gdy przyszpiliło go kobaltowe spojrzenie. – No bo wyobraziłem sobie, jak byście znieśli musztrę, szeregowy Dżagadżak! – wymamrotał, znów krztusząc się śmiechem. – Skoro wam nawet dyscyplina na boisku nie odpowiada… Przy waszych zdolnościach, zlikwidowalibyście wszystkie jednostki wojskowe z samego rańca i kto wiem, może przy okazji przyczynilibyście się do tego, by na świecie znów zapanował pokój? Powiedz no mi, Grimmjow…
– Niby co?
– Rozważałeś kiedyś zrobienie kariery w ONZcie?
Fullbringer znowu zachłysnął się śmiechem, a Espada warknął ostrzegawczo, ale zanim znowu chwycił swojego trenera za chabety, wilk zaskomlał i zbiegł na półpiętro, podrzucając łbem i okręcając się wokół własnej osi.
– Chyba chce, żeby iść z nim na dwór… – zaryzykował te stwierdzenie Must, rad, że zwierzę odwróciło od niego uwagę innego drapieżnika, który był zainteresowany wyrządzeniem mu krzywdy dużo bardziej, niż ten czworonożny.
Grimmjow spojrzał uważnie na wilka.
– No pewnie. Może jeszcze na smycz go wezmę. – Pokręcił głową, a resztę zdawał się mówić tylko do siebie, przynajmniej pułkownik Must nic z tego nie zrozumiał: – To zwierzak Starrka. Mieli mi dać znać, gdyby coś… Gdyby… – Oczy mu nagle rozbłysły. – Ona jest w Tokio. – Zrozumiał i zaczął zbiegać po schodach, przeskakując po kilka stopni na raz.
– Ona? Ta, która rąbnęła mi zapalniczkę?
Pułkownik ruszył za nim. Zatrzymali się dopiero na parkingu przed blokiem, gdzie zwierzę kluczyło między autami, aż stanęło przy staromodnie wyglądającym samochodzie, którego biała karoseria odbijała południowe słońce. Wilk usiadł przed nim i szczeknął zachęcająco. Obaj mężczyźni osłonili oczy dłonią przed światłem słonecznym i pochylili się, by zajrzeć przez szyby samochodu do środka.
– O co chodzi? Mamy do niego wsiąść?
– Niech cię ręka boska broni! To auto mojego sąsiada-świromana! Kolekcjonuje takie stare rzęchy. A to jego duma – Lamborghini Espada.
Szósty parsknął stłumionym chichotem, który zaraz przerodził się w szczęśliwy rechot.
– Jak mówisz? Espada?
– Lamborghini Espada 400 GT – przytaknął Must, prostując się, lecz wciąż osłaniając dłonią oczy. – Ty chyba nie chcesz… – Przyglądał się Grimmjowowi, na którego twarzy zagościł paskudny uśmieszek.
– Przyprowadziło nas do niego wilczysko Starrka. – Arrancar znów zdawał się nie zwracać bezpośrednio do pułkownika. – Auto nazywa się „Espada” i ma kluczyki w stacyjce. Nie trzeba dłużej mnie przekonywać.
Położył dłoń na łbie zwierzęcia, mrucząc pod nosem „dobry pies” i nie czekając na opinię Fullbringera, szarpnął za klamkę, która ustąpiła bez oporu, po czym wpakował się za kierownicę.
– Ty chyba ocipiałeś! – Pobladły pułkownik stał przy drzwiach od strony pasażera i zaczynał panikować. – Tu na pewno są zainstalowane kamery! Zostanę posądzony o współudział w kradzieży i… i… Czy ty w ogóle potrafisz to prowadzić?!
– No właśnie nie bardzo. – Grimmjow wychylił się, otworzył mu drzwi i wciągnął go do środka samochodu. – Powiesz mi co i jak.
– Jak nas złapie policja, do kradzieży dołożą ci jeszcze uprowadzenie dobrze prowadzącego się pana w średnim wieku, uściślając weterana wojennego odznaczonego za odwagę Orderem Złotego Sokoła, wzór dla młodzieży, zdobywającego coraz wybitniejsze osiągnięcia w dziedzinie sportu szanowanego tre…
– Lepiej powiedz mi, jak to odpalić.
Sfrustrowany Arrancar deptał po wszystkich pedałach na raz, aż wreszcie wpadł na to, że należy przekręcić kluczyki w stacyjce i auto z rykiem skoczyło do przodu.
– Sprzęgło, ty idioto! SPRZĘGŁO!
Ale Szósty jakby wpadł w trans. Z szaleńczym śmiechem i piskiem opon przejechał po trawniku, nic nie robiąc sobie z wysokich krawężników i jęków nisko zawieszonego podwozia.
Heart beat, a heart beat, I need a heart beat, a heart beat
Udało mu się wyjechać na ulicę i natychmiast docisnął gaz do dechy. Silnik zawył, a smród palonej gumy wdarł się w nozdrza Fullbringera, który zakasłał gwałtownie.
– Ty skończony baranie! Zmieniaj biegi!
– Co?
– WRZUĆ CZWÓRKĘ!
– Co?
– SKRZYNIA BIEGÓW! – Must wskazał na lewarek, którego Arrancar do tej pory albo nie dostrzegał albo ignorował.
– A to. – I puścił kierownicę, żeby poszarpać się z dźwignią. Jak się można było spodziewać, wkrótce owa dźwignia została w jego łapie, skutecznie, acz zapewne niechcący wyrwana. Grimmjow, klnąc, wyrzucił ją przez okno i wyrównał tor jazdy pojazdu, który pozostawiony sam sobie, jeździł slalomem od krawężnika do krawężnika.
Na ulicy zostawiali po sobie zator, auta w rowie i rozeźlonych kierowców. Co zacieklejsi z nich biegli nawet jakiś czas za Lamborghini, pomstując na pijanych kierowców i debili, którzy kupują prawo jazdy na ebayu. Szósty wystawił za szybę łokieć, żeby łatwiej było mu pokazywać wszystkim środkowy palec. Jednak na co dokuczliwsze zniewagi puszczał kierownicę i wystawiał za okno głowę, (czasem nawet wychylał się do połowy), drąc się w niebogłosy:
– A przyjść ci tam?! Przyjść ci tam, gnoju?!
– Z dupy nogi powyrywam!
– Tch! Takich jak ty, gruby, jem na śniadanie!
– Kubica jeden z drugim!
– A ty co się odzywasz?!
– Do komisu z wami!
– Z tobą, gruby, na złom!
– Grimmjow, bo się poplujesz. – Fullbringer, teraz już blady jak ściana, próbował utrzymać samochód na jednym pasie, trzymając jedną dłoń na kierownicy. Zadanie było dość wymagające, bo wysoki Arrancar, nawet wystając za szybę, wciąż dosięgał do gazu. I, jak to on miał w zwyczaju, nie zamierzał odpuszczać.
– Sami nie macie prawa jazdy!
– Przecież ty nie masz prawa jazdy, Chryste Panie – stęknął Must.
– Nie mam? – zdziwił się Grimmjow i wrócił do darcia ryja: – Wy upośledzone drogowo cioty!
– Dżagadżak, mógłbyś się z łaski swojej zająć prowadzeniem samochodu? – pisnął pułkownik, gdy tylko cudem udało mu się uniknąć zderzenia z innymi autami na skrzyżowaniu, przez które przemknęli na czerwonym świetle.
– Zaraz – warknął Arrancar i wychylił się jeszcze mocniej, żeby pokazać komuś jak Kozakiewicz cieszył się z mistrza na olimpiadzie w 1980, a potem wsunął się z powrotem do środka. – To gdzie ten wilk?
– Ciągle biegnie przed nami… – szepnął Must, będąc na granicy załamania nerwowego. – Tylko zjedź, proszę, na prawy pas.
– Czemu?
– Bo jedziemy pod prąd.
Na parking przed jednym z wielu center handlowych w Tokio wjechali na pełnym gazie. Nie było jednak mowy o pomyłce, bo wilk, który ich prowadził, właśnie dematerializował się przed mężczyzną w białym płaszczu, siedzącym na masce czarnego volvo.
Po chwili przód volvo skasowało białe Lamborghini Espada. Na szczęście Starrk w samą pory zdążył się ewakuować.
– Co to, do kurwy nędzy, za cyrk?! – Grimmjow wysiadł z auta, trzaskając za sobą drzwiami, które zamiast się zamknąć, odleciały. Pułkownik poszedł za jego przykładem, ale on wydostał się z samochodu na czworakach i podejrzewał, że minie jeszcze sporo czasu, zanim nogi przestaną mu się trząść.
– Twój cyrk, Grimm. – Starrk nie przejmował się wojowniczą miną Szóstego, który teraz omiatał wzrokiem parking, śledząc skaczącą po autach Ikari.
– Czemu nie czuję jego reiatsu?
– To Szayel. – Pierwszy wzruszył ramionami. – Pewno znów wymyślił jakiś genialny wynalazek.
– A czemu jeszcze nie interweniowaliście? – syknął błękitnowłosy, namierzając wzrokiem czającego się na czarno-zielonej Yamasze Ulquiorrę.
– Bo zakazałeś nam działań na własną rękę? – odpowiedział pytaniem Ciffer.
– Idioci – syknął Jaegerjaquez. – Zamierzaliście się temu przyglądać? Mieliście jej PILNOWAĆ, kretyni!
– Przecież posłaliśmy po ciebie. – Ciffer wzruszył ramionami. – Zresztą, gdyby ta wkurzająca kapitan wykitowała, wszystkim wyszłoby to na dobre. No, może z wyjątkiem… twojej Pantery.
Wokół gardła Ulqiorry natychmiast zacisnęły się długie palce Szóstego.
– Ty mały zasrańcu…
– Na pewno masz na to czas? – wycharczał Czwarty, a jego zielone spojrzenie powędrowało na środek parkingu, gdzie Ikari już się poddała i zrezygnowała z prób ucieczki. Grimmjow wiedział, jak działa cero Szayela, dlatego widząc, co robi niebieskowłosa, domyślił się, że zamierza się ona poświęcić i załatwić go jego własną bronią.
– Nożeż kurwa mać – skomentował jej pomysł Szósty i puścił Ulquiorrę.

 
Pogodziła się z myślą, że już po niej, ale choć zaciskała powieki, żółte światło i tak się pod nie przedostawało, sącząc się powoli do jej mózgu. To miała być ostatnia rzecz, jaką zapamięta? Ech, wolałabym już chyba ten głupi, wredny, ozdobiony… Tfu, oszpecony maską wredny, arrancarski, szósty ryj. No co, w końcu miała umrzeć, więc chyba mogła pozwolić sobie na odrobinę sentymentu. Nie liczyła jednak na to, że jej ostatnie życzenie zostanie spełnione, więc gdy nagle potężna, czerwona mgła zaczęła spychać i pochłaniać żółte cienie, nie od razu zorientowała się o co chodzi. Ale zorientowała się, że wciąż żyje, mimo, że nią i Aporro Granzem szarpnął silny podmuch, w skutek czego Różowowłosy (teraz już ciężko było stwierdzić kolor jego włosów, jako, że ostały się tylko nieliczne kosmyki) naukowiec przewrócił się na nią, a ona łupnęła głową o asfalt.
– Złaź z niej, zwyrolu. – Usłyszała znajome warknięcie, a zaraz po nim rozległ się głuchy jęk Szayela i nieprzyjemny pogłos, jakby ktoś kopnął go pod żebra.
– Odczep się, pierdolcu! Ta suka jest moja!
– Kurwa, no nie. No po prostu: kurwa, no nie!* – Poczuła jak ktoś ściąga z niej ciężar Ósmego Espady, ale zanim to się stało, dłonie Szayela prześlizgnęły się po jej ciele i znalazły w jej kieszeni to, czego szukały. – Akurat ta suka jest moja i wbijcie to sobie do łbów, wy tępe pały! Czy ona się nazywa Apporo albo Abarai? Nie! Nazywa się Jaggerjack i to wam powinno dać do myślenia, kretyni! A teraz zdychaj i nie wchodź mi więcej w drogę.
Tell me would you kill to prove you're right?
Ikari uchyliła powieki i zobaczyła, że ktoś, kogo czerwone łapy płoną czerwienią, trzyma Granza za ramiona.
– Chwilunia! – zawołał Ósmy, unosząc w górę dłonie. W jednej z nich ściskał teraz detonator. – Jeśli tak ci zależy na jej życiu, to chyba powinieneś troszkę przystopować… Bo mogę użyć ­tego – wziął detonator w dwa palce – i zakończyć jej żywot tu i teraz.
– Źle mnie zrozumiałeś, kolego – zawarczał Szósty i chociaż nie zdjął dłoni z ramion Ósmego, jego cero przygasło. – To po prostu moja zdobycz. Byłem, kurwa, pierwszy. I sam zdecyduję, kiedy ją wykończyć.
– Ach, więc tylko o to chodzi? – Szayel wyglądał na zasmuconego i opuścił ręce wzdłuż ciała, jakby naprawdę się zawiódł, ale Ikari, która zaczęła już zbierać się z ziemi, doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko taka ściema dla zrobienia lepszego efektu. – Więc chyba nie przejmiesz się zbytnio, jeśli zrobię tak?
Crash, crash, burn let it all burn
Wcisnął przycisk detonatora, a Hagane poczuła, jak zalewa ją krew. Dosłownie. Musiała mieć naprawdę poważne obrażenia wewnętrzne, bo z jej ust buchnęła gorąca krew. Grimmjow nie od razu połapał się, co się dzieje. Dopiero, kiedy Jaggerjack, która dopiero co podniosła się z asfaltu, znów gruchnęła na kolana, a z jej ust, prócz krwi, wydostał się żałosny jęk, Szósty obejrzał się na nią, a jego oczy rozszerzyły się, gdy na to zobaczył. Zanim znów odwrócił się do Szayela, dostał od niego pięścią w twarz i zatoczył się do tyłu.
Wzrok Ikari zaczął szwankować, ale mogła się założyć, że Ósmy posłał jej buziaka na „do widzenia”, zanim zniknął. Grimmjow chyba chciał ruszyć za nim, ale chyba ktoś go zawołał… Może ona? W każdym razie, zanim upadła na twarz, zobaczyła przed sobą kobalt. Chyba się uśmiechnęła, zanim odleciała. I chyba to jemu zawdzięczała fakt, że nie rozbiła sobie nosa o asfalt, bo kiedy w końcu się ocknęła, jej nos był w jednym kawałku. Odzyskała przytomność tylko na chwilę, żeby odkasłać krew, którą się dławiła. Ktoś ją niósł i chyba biegł, bo strasznie chybotało.
– Nie będziesz mi tutaj umierać bez mojej zgody, kapujesz? – Poczuła ciepły oddech na twarzy. – Jeśli ktoś cię kiedyś zabije, to będę ja, jasne? – Ten sam chrapliwy, warczący głos. Grimmjow? – Masz się trzymać i szybko wziąć w garść, bo jeszcze z tobą nie skończyłem.
Aha. Odda mnie, skurczybyk, na rehabilitację tylko po to, żeby samemu pogruchotać mi kości. Standard.
Na chwilę straciła kontakt i już nie słyszała otulającego jej twarz warczenia, pełnego coraz wymyślniejszych gróźb. Następne co słyszała to jakieś urywane krzyki gdzieś obok.
– Gdzie ona jest, do cholery!
– Musi tu gdzieś być. Były razem i…
– Szukaj. Tylko szybko, bo będę miał trupa na rękach.
– Minako?! Minako gdzie jesteś?!
– Must! – stłumiony, odleglejszy głos. – Tu jestem!
Znów zachybotało, a krew chlusnęła z jej ust.
– Jasna cholera, Ikari! Spróbuj się nie wykrwawić na moją hakamę. W czerwonym mi podobno nie do twarzy.
Nie do twarzy ci z tym krzywy ryjem, chciała odpowiedzieć Ikari, ale tylko znów zwymiotowała czerwienią.
– Pośpieszcie się, jasny chuj.
– Minako? Minako… Nie ruszaj się, zaraz cię stamtąd wyciągnę. Masz moją zapalniczkę?
– Ikari dała ją Szayelowi.
– Kurde. No nic… Z zapalniczką idzie mi lepiej, ale… – Z pod uchylonych powiek Ikari dostrzegła, jak czarnowłosy wyciąga coś z kieszeni munduru. Coś, co zaraz wsunął na dłoń. – Z tym idzie mi gorzej, ale dam radę.
Usłyszała pstryknięcie i pisk Kurosaki.
– Uważaj, bo mnie poparzysz!
– Spokojnie, dam radę.
– Może pomożemy? – Pojawił się nowy, leniwy głos, a zaraz po nim rozległ się chrzęst rozrywanego na pól samochodu.
– Ała! Uważajcie, kretyni… – wrzasnęła porucznik. – Nie dotykaj! Mam złamaną rękę!
– Spokojnie, chodź tu, pomogę ci… – To chyba znowu był głos Fullbringera. Usłyszała syk Kurosaki i drgnęła, a wtedy nagle zrobiło się ciaśniej, jakby ktoś przycisnął ją mocno do siebie.
– Możemy już iść? – znów warknięcie.
– Co z nią?
Co ze mną, Kurosaki?! A co z tobą! Podobno dałaś się połamać, cieniasie, hehe.
– Jezu! Czy ona rzyga krwią?!
– Mówiłem, żeby się spieszyć…
– Jazda z nią do szpitala! Na co czekacie?!
– Na ciebie? Też potrzebujesz lekarza…
– Od złamania jeszcze nikt nie umarł! I… Ej! Zostaw mnie! Mam złamaną rękę, nie nogę, dam radę iść sama!
Chciała parsknąć śmiechem na te końskie zaloty pułkownika, ale tylko puściła jej się nosem krew. Usłyszała krzyki i zemdlała na dłużej.
This hurricane's chasing us all underground
– Grimmjow! – wrzasnęła na Espadę Minako, widząc jak głowa Ikari bezwładnie zwisa z jego ramienia. – Ona jest nieprzytomna!
– Wow, dzięki za cynk – mruknął Arrancar, ale wydłużył krok.
– I krwawi… – Kurosaki, przyciskając do siebie bolącą rękę, podbiegła do nich, żeby przyjrzeć się kapitan. – Boże, to naprawdę źle wygląda…
– Kurosakiii – Szósty zerknął na nią kątem oka. – Weź mnie nie wkurwiaj z tymi newsami.
– Pełno krwi – bełkotała Minako, patrząc pod nogi, gdzie rozkwitały malowniczo plamy kapiącej z Ikari posoki. – Niedobrze mi.
Zatrzymała się na moment, odwracając głowę i biorąc głęboki wdech. Natychmiast otoczyły ją ramiona Fullbringera.
– Powiedziałam, że nic mi nie dolega… – Jednak wbrew tym słowom zachwiała się i pochyliła, łapiąc łapczywie kolejne wdechy.
– Nie wygłupiaj się – odezwał się Must poważnym tonem, obejmując porucznik i nastawiając swoje ramię.
Z westchnieniem wsparła się na nim, pozwalając mu się prowadzić.
– Co za żałosny korowód – skomentował Ulqiorra. – Wynosimy się stąd, Starrk.
– Mam z wami do pogadania! – krzyknął Jaegerjaquez, gdy dwóch Espada poderwało się w powietrze.
– Spotkamy się na miejscu – odpowiedział Coyote i oboje znikli.
– Parszywe gnojki – warknął Grimmjow, zatrzymując się przy lekko zdemolowanym lamborghini. – Weź mi te siedzenie kipnij, pułkowniku.
– Chwila, wsiądę pierwsza! – zawołała Minako i pozwoliła, żeby Must złożył przed nią przednie siedzenie i wziął ją za rękę, by pomóc wgramolić się do środka. Wtedy ich ręce przeszył dotkliwy chłód, aż oboje z sykiem cofnęli dłonie.
– Ja się nią zajmę – oznajmił chłodny, wibrujący głos i poczuła jak ogarnia ją zimny powiew. Wystarczyło, że tylko lekko odwróciła głowę i napotkała wpatrujące się w nią z niezadowoleniem spod białej grzywki turkusowe spojrzenie.
„Już jestem” albo „Nic ci się nie stało?” albo „Przepraszam, że dopiero teraz” – mniej więcej takich tekstów spodziewała się Minako z ust Lodowego Shinigami.
– Dobrze się bawisz? – Agresywny ton kapitana dziesiątki wytracił ją z równowagi.
– Słucham?! – Z wrażenie nie pomyślała, by pomachać mu przed nosem złamaną ręką, pytając, czy to wygląda jakby dobrze się bawiła.
Toshiro nic nie odpowiedział, ale wyciągnął z kieszeni telefon Matsumoto i podstawił ekran pod nos Minako.
– Kim jest ten facet?
Kurosaki odsunęła trochę jego rękę, bo Toshiro przystawił telefon do jej twarzy tak blisko, że musiała zrobić zeza, co nie ułatwiało rozpoznania tożsamości przedstawionych na wyświetlaczu postaci. Zmarszczyła brwi, przyglądając się zdjęciu. Po chwili rozpoznała na nim siebie i…
Spojrzała ponad ramieniem Toshiro na stojącego za nim Fullbringera i roześmiała się kapitanowi prosto w twarz.
– Kretyn – skomentowała, oddając mu telefon. – Nie wnikam skąd to masz, ale…
– Od twojej najlepszej przyjaciółeczki – poinformował ją Hitsugaya. – Wysłała to wczoraj do Matsumoto, ale ta pijaczyna dopiero przed chwilą mi to pokazała…
– Aha. – Głos Minako zabrzmiał jeszcze chłodniej, niż głos Toshiro. – Miło, że wpadłeś w odwiedziny dopiero wtedy, gdy dowiedziałeś się, że ktoś się o mnie troszczy. Ktoś inny niż ty.
– A czy tym kimś innym nie mogła być Ikari, tylko znajdujesz sobie jakiegoś fagasa?
– Dobrze wiesz, że Ikari sama potrzebuje troski, więc nie wymagaj od niej, żeby przejęła twoje obowiązki.
– Mógłbym dalej się z nich wywiązywać, gdybyś nie uciekła.
– Mógłbyś się za mnie nie wymieniać z Mayurim, to nie musiałabym wiać.
Chciała wsiąść do auta, ale Toshiro złapał ją za rękę. Na nieszczęście Minako, wybrał tą złamaną.
– Nie odpowiedziałaś mi, kim jest ten frajer ze zdjęcia…
– Chwilunia, gościu! – Widząc, jak Minako blednie, Fullbringer skoczył między nich, odpychając Hitsugayę od dziewczyny. – A kim ty, do cholery, jesteś, że się tak wymądrzasz?!
– Jestem jej facetem. I żaden „gościu”, tylko kapitanie Hitsugaya!
– Hitsupsuya?
– Hitsukurwagaya!
– O mój Boże, że jak?
– HitsuToOstatniDzieńTwojegoMarnegoŻyciaGaya.
– Życia geja? A to przepraszam, nie do mnie uderzaj, chociaż znam takiego jednego, jak jesteś bardzo samotny.
– Ty… – Zimne spojrzenie Toshiro zapłonęło, mierząc się z ciepłym, czarnym blaskiem oczu Fullbringera. Kapitan zmarszczył nos. – Śmierdzisz spalenizną.
– Śmierdzisz śniegiem. Takim żółtym.
– Śmierdzisz… – Nagle turkusowe oczy pojaśniały. – TO TY!
– To znaczy kto?
– To ty jesteś tym kolesiem ze zdjęcia, który dowala się do mojej dziewczyny!
– Brawo – skwitowała cierpko Minako. Siedziała już na tylnym siedzeniu, odgarniając chabrowe kosmyki włosy z twarzy nieprzytomnej Ikari, którą Espada ułożył z głową na jej kolanach. – Szkoda tylko, że to Must, którego dziewczyną JAK NA RAZIE nie jestem, pofatygował się tu zamiast ciebie, żeby wyciągnąć mnie z łap Szayela.
– Szaye… KOGO?!
– Że gówno, mój były kapitanie.
– Proszę?
– Grimmjow – Minako zwróciła się do Espady, który zaciskał ręce na kierownicy tak mocno, że powstawało spore ryzyko, iż kierownica podzieli los skrzyni biegów. – Jedźmy już co? Tylko tracimy czas.
– To może spław swojego chłoptasia. – W lusterku dostrzegła wściekły błysk jego oczu, ale jak nigdy, Grimmjow posłuchał i złapał za kluczyki, przekręcając je nerwowo. Jednak zanim ruszyli, Toshiro złapał za uchyloną tylną szybę i spojrzał groźnie na Minako.
– O nie, nigdzie nie jedziesz. Nie po to tu się fatygowałem…
– Grimm, gazu.
– No odpalam, nie?!
– Jako twój kapitan rozkazuję ci…
– OGŁUCHŁEŚ?! – wydarła się na Hitsugayę Minako. – Nie jesteś już moim kapitanem! Spadaj!
– Kurwa, ruszaj! – Jaegerjaquez tupał coraz mocniej po pedałach, aż wreszcie auto zapaliło, a Minako ujrzała w lusterku szeroki uśmiech Espady.– No to nara, frajerzy.
Grimmjow docisnął gaz do dechy.
____________________
 TU MIAŁ BYĆ KONIEC, BO KATUJĘ WAS NIEPRZYZWOITĄ ILOŚCIĄ WILCZYCH PSYCHOFANTAZJI, NO ALE NIESTETY, JESZCZE KAWAŁEK WYPADA WAM ZNIEŚĆ, JEŚLI DOTARLIŚCIE AŻ TUTAJ.
_____________________

Z nami koniec.
Idź do diabla.
Sam zdecyduję, kiedy cię wykończyć.
Jeśli ktoś cię kiedyś zabije, to będę ja, jasne?
Ocknęła się z krzykiem i krzyczeć nie mogła przestać. Była na sali sama, ale cedrowy zapach wdzierał się w jej nozdrza wprost do mózgu.
No matter how many times that you told me you wanted to leave
Gdzieś nad nią rozbrzmiał dzwonek, gdy wyrwała sobie wenflon i wstała chwiejnie z łóżka. Niemal natychmiast otoczył ją tłumek lekarzy.
– Panie doktorze, haloperydol, podajemy dożylnie.
– Idioci! Chcecie żeby nas potem podała do sądu? Podajcie jej tramal, jak już…
– Nie! NIE! Nie strzykawka… TYLKO NIE IGŁY!
– Ikari, to dla twojego dobra…
– GÓWNO! Ja nie chce! Ja jestem już zdrowaaaa….!
– Zamknij się albo zamiast igły zapakuje ci Zabimaru.
– Renji! Ty słyszałeś kiedyś o czymś takim jak „takt”, durniu? Ledwo co oprzytomniała, a ty jej grozisz?
– A tobie mało jedna ręka złamana? Bo jakby co, jestem dyspozycyjny.
– Ty pawia… Patafianie! Wynoś się stąd, zakłócasz spokój na sali!
– Chyba ty!
– Panie doktorze, proszę mu powiedzieć…
– Oboje państwo proszeni są o opuszczenie szpitala. Pora odwiedzin już dawno minęła. Chorej potrzebny jest spokój.
– Zam jezeź chory, ty zbiru… – mamrotała Jaggerjack, odpływając pod wpływem leku.
– Same utrapienie z wami. – Ryuken wyszedł na korytarz, wypychając przed sobą Renjego i Minako.
– Co pan jej dał?! – Minako ze złością złapała Ishidę za przód białego kitla.
– Coś, po czym się uspokoi. – Ishida zupełnie zignorował ten atak na jego osobę.
– Uspokoi?! Ty ją zwyczajnie kazałeś naćpać! Przecież tramal to opioid!
– Ech. Zapomniałem, że stary Kurosaki też siedzi w tej branży…
Ryuken ze stoickim spokojem wydobył z czeluści białego kitla paczkę papierosów i odpalił jednego, nie przejmując się wyraźnym oznaczeniem na ścianie, które informowało, że w tym miejscu nie wolno palić.
– Narkomankę chcecie z niej zrobić?! Mało, że ma problem z alkoholem?!
Ishida uniósł brwi.
– Alkohol w jej stanie jest niewskazany.
– A co, macie jakieś wyniki? I nic nie mówisz? Potrzebny będzie przeszczep wątroby?
– Takich informacji mogę udzielać tylko rodzinie.
– Ty… – Minako puściła Ishidę, zacisnęła dłonie w pięści i zatrzęsła się ze złości, ale zaraz się uśmiechnęła. – Grimmjow był kiedyś jej bratem. Może go zawołam?
Ryuken zakrztusił się tytoniowym dymem.
– Ten niebieskowłosy łotr?! Niech więcej się tu nie pojawia! Zniszczył połowę szpitalnej aparatury, zanim zgarnęły go służby porządkowe!
– Trzeba było mu nie mówić, że szanse na uratowanie życia Jaggerjack wynoszą mniej niż dwadzieścia procent.
– Ma tu więcej nie przychodzić! – wrzasnął Ishida. – I przekażcie tej waszej uroczej parce gejów, żeby więcej nie przynosili chorej Zanpakuto!
– Ale Grimmjow tu nie przychodzi, odkąd stan Hagane się ustabilizował – wtrącił się Renji, który do tej pory się nie odzywał. Stał oparty o ścianę z założonymi rękami i dopiero teraz podniósł wzrok.
– Dziwne, bo codziennie śmierdzi tu Espadą.
Kurosaki wzruszyła ramionami.
– To wasz szpital. Śmierdzi tu też o wiele gorszymi rzeczami – prychnęła mu w twarz (prawie w twarz – pamiętajmy, że Kurosaki przy swoim ambitnym wzroście metr sześćdziesiąt nie sięgała staremu Ishidy dalej niż do ramienia, a może nawet i nie) i odwróciła się, odchodząc z dumnie uniesioną głową. W końcu to nie ona dawała ciała, tylko ochrona, pozwalającą Arrancarom legalnie przemykać po korytarzach. Chociaż wątpiła w to, że to właśnie Grimmjow się tu pojawia. Przesiadywała tu prawie cały czas, bo ją też uparli się zostawić w szpitalu na obserwację i jeszcze ani razu się na niego nie natknęła. Zresztą chyba nie miał on specjalnego powodu, żeby tu bywać. Nie po tym wszystkim.
Kiedy tylko sobie poszli, a lekarze dali jej spokój, Ikari znów ogarnęły duszne sny. Nawet przez nie miała wrażenie, że ktoś jej się przygląda i nie było to miłe uczucie. Co chwilę się budziła, jednak lek wciąż działał zbyt silnie, by zdołała zachować przytomność na dłużej niż kilka sekund.
No matter how many nights that you lied wide awake
 to the sound of the poison rain
A jednak dałaby sobie zanpakuto złamać, że ktoś siedzi w kącie sali, ktoś, kto bystro na nią patrzy rozjarzonymi oczyma. Jednak gdy już zdołała się podnieść na łokciach, spokój panujący w pomieszczeniu burzył jedynie walący o parapet deszcz. Najczęściej brała kilka głębszych oddechów i kładła się dalej spać, bo do niczego innego nie była zdolna po dawce leków, jakie jej serwowano. Jednak którejś z kolei nocy ich działania osłabło, a cedrowy zapach był bliższy i jakby głębszy niż zwykle. Podniosła się na nogi tak prędko, jak była w stanie. Momentalnie zrobiło jej się słabo od wbitych w jej żyły rurek. Ale zapamiętała, że to ich wyrwanie poprzedniego razu zaalarmowało tą grupę frustratów w białych kitlach, dlatego teraz grymasząc z obrzydzenia, zdołała wciągnąć na tyłek gacie, zerwać z klatki piersiowej te dziwne przyssawki i dopiero wtedy znowu wyrwała wenflon i choć nogi wciąż jej się plątały, zaczęła uciekać przed sanitariuszami i  ich igłami. Nie zdążyła nawet opuścić piętra, gdy o coś wyrżnęła.
– A ty dokąd? – zapytał leniwie mrukliwy głos.
– Do dupy – udzieliła tej elokwentnej odpowiedzi i spróbowała się wyrwać z trzymających ją rąk, co okazało się średnio możliwe.
– Wracamy do łóżka – szepnął ktoś do jej ucha i poczuła, jak jej nogi odrywają się od podłogi.
– Nigdzie z tobą nie idę… A już na pewno nie do łóżka.
– Nie to miałem na myśli.
Zanim przycisnął ją do siebie mocniej, uniemożliwiając ucieczkę, zdążyła jeszcze odnotować, że postać ubrana jest w białe, sięgającego niemal do ziemi wdzianko. Ale jak na dyżurnego lekarza koleś był naprawdę silny.
– Bydle…
Usłyszała cichy śmiech i przez chwilę w jej twarz zaglądały jasne, szare oczy.
– Naprawdę masz niewyparzony język. Na szczęście kazał mi cię tylko przypilnować, a nie słuchać. – Poczuła ucisk w klatce piersiowej, nie mogąc złapać oddechu. – Dobranoc.
________________

I jeszcze coś. Dla tych o słabszych nerwach nastąpi teraz przerwa w postaci nieskończonej ilości enterów, abyście mogli spokojnie wyłączyć kartę/stronę/przeglądarkę i nie doznać szoku z powodu ujrzenia Wilczego pyska w marnej jakości.









Coś tam kiedyś mówiłam nie? Że wrzucę swój ryj z lokiem Aizena, nie?









Może to nie jest lok-aizen 100%, może nawet nie 13%, ale imitacja jest.







No dobra, to tylko kłak na ryju, bo nie mam lokówki.







Ale podobno Aizen w tych brylach przechadzał się po oddziale piątym.







A wszystko to, bo Ciebie kocham, Rhan Boleyn!







I to taka łapa na zgodę za te chamskie spoilery :P








Co z tego, że teraz będziesz mieć nocne koszmary.







Ostatnia szansa.









Jeszcze możesz wylączyć Drogę.
















Nie?











No ostrzegałam, żeby nie było.












Wilczy z wilkiem dają łapę! (No przyszoł pieseł na fotę i mówi 'dawaj te selfie, ze mną wyjdziesz lepiej' no to co, weź się z bestią szarp i spróbuj zrzucić z kanapy, niech będzie...)


 Wilczy daje łapę, Rhan daj dzióba! :D I rozdział! No, żeby mi nikt nie powiedział, że jestem niesłowna jędza.


UWAGA, TEN BLOG ULEGNIE SAMOZNISZCZENIU...
5...
4...
3...
2...
1...
0...
GRAN REY CERO!

13 komentarzy:

  1. Żeby nie było, okulary wybierałam sama JA <3 Naprawdę, nie można się było powstrzymać od zapierdzielenia Aizenowi okularów. To już jest po prostu legenda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdał się ślepy Wilczy na "przyjaciółkę"...
      Na Ajsrena by mnie przerobiła...
      Nie żeby "przyjaźń" Iki i Miny była inspirowana codziennością...
      Tch.

      Usuń
  2. No to może zacznę od końca, nie?
    Yh... Nie. Absolutnie, nie jesteś NIEsłowna, bo absolutnie jesteś słowna. A kłaczek jest w porzo, zresztą Wilczy, jakiego Ty masz wilka po swojej, rozumiesz, prawej! I bryle... Awww <6 Aj lof Twoje łokulary! Zresztą łat de hel? Czytałam, ze masz złotorude kudełki, a tu chyba one czarne, nie? Takie buty, no, no!
    WILCZY DAŁA FOTĘ!! (NIE) WYGLĄDA PRAWIE JAK AIZEN!!
    Dobrze, wywiązałaś się, I ach <6 <4 :* Kochany Wilczy pyszczek!
    A teraz wedle tradycji: jebłam. No po prostu jebłam. Normalnie...
    Tak.
    Dzięki wszystkim Shinigamom i reszcie, iz przeczytałam ten rozdział z rana, bowiem mam teraz taki dobry humor, ze nic mi go nie zniszczy! Nic - powiadam! I to przez cały długi dzień!
    Ze podpierdolili auto - to ten podły spojler, co mnie z nim zostawiłaś, ale rekompensata jest ponad to wszystko, więc zapominam o tym! No ale Espada...! Ja wgl pisałam Ci, ze mnie nauka jazdy rozwaliła, nie? Ale jak się Szósty darł przez te okno... Nie, poezja, po prostu poezja.

    "– Sami nie macie prawa jazdy!
    – Przecież ty nie masz prawa jazdy, Chryste Panie – stęknął Must.
    – Nie mam? " Zabił mnie po prostu. To jest takie słodkie... Tak, słodkie, jak Grimm się nie orientuje w życiu codziennym, i to prawko z ebaya...! Wilczy, mnie już brakuje słów na Twój geniusz. Czas zakupić sobie słownik i się nauczać nowych terminów, bo jak ja to wszystko czytam, to określenia "wspaniałe, świetne, epickie, boskie, zajebiste" są śmieszne. I nieadekwatne. Bardzo NIEadekwatne.
    Pacz, i jest Grimmjow, cały rozdział Grimmjowa!! No wreszcie się pojawiłeś, cholerny, zawszony futrzaku! Laxus ci złorzeczył, żeby Cię Hueco Mundo pochłonęło, ale trochę na to za późno, więc bez przekleństw tym razem. Przysięgam, miałam wrazenie, ze to koniec Ikari. A Granza to powinni wsadzić do Zelaznej Dziewicy, pourywać paznokcie, pozdzierać pasy... Wilczy, zrób tak, co? Niech on, sukinsyn, cierpi. Bo dlaczego nie?
    I pojawił się Toshiro... No, no, no, kogo my tu mamy, na tym nieszczęsnym, obfitującym w wydarzenia parkingu? Pokazał się sam kapitan i to z jakim buntem. Wyczuwam wojnę. Wielką, zażartą wojnę. Sama w sumie nie wiem, jak się odnieść do stosunku Hitsugaya -Kurosaki, z jednej strony Tosiek wyczynia cuda, wścieka się, obraza, ale przychodzi jak tylko odbiera cynka ze zdjęciem. Potem Minako która się buntuje i chyba nie chce mieć z kapitanem nic do czynienia... Ale jak to Tosiek nie jest jej kapitanem? Przeciez jest. Ej! Czy ja coś zgubiłam?!
    Podobnie z Szóstką.
    Grimm mnie w ogóle zaskakuje. Znaczy, jak tak popatrzeć z boku, z odległości, to on... Sam nie wie chyba, co ma robić? W sensie... To takie banalne i nie pasuje do Jego Wysokiej Na Prawie Dwa Metry Niebieskości, ale on się chyba pogubił w tym wszystkim. No bo z jednej strony Ikari jest be, z drugiej rozumiem, bo on chce mieć jakąś wyłączność do niej, ale czy to jest podyktowane tylko chęcią jej zabicia? Nie! Absolutnie w to nie wierzę. Z trzeciej twierdzi, ze nic go nie obchodzi, a z czwartej każe jej pilnować. I odchodzi ze szpitala dopiero jak słyszy, ze jej stan się poprawia. A wcześniej, jak szanse wynoszą 20%, niszczy aparaturę. Wyobrażam sobie jego złość. I wydaje mi się, mimo tych wszystkich zagrywek i pyskówek, ze jemu zwyczajnie zależy, chociaż jest za głupi i uparty, aby to powiedzieć nie tylko Ikari, ale nawet sobie. I vice-versa, nie? Ósemka tez do szczerych względem siebie w niektórych sprawach nie należy. Chyba powinnam czuć wrogość Grimm do Hagane i wzajemnie, ale... Nie mogę. Zwyczajnie. Znów doszukuję się drugiego dna, Wilczy, powiedz, MUSISZ mi powiedzieć, czy ja choćby w 1% mam jakąś rację, gapiąc się na tę sprawę z daleka i wyciągając takie a nie inne wnioski. PROSZĘĘĘĘĘ!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. "– Zamknij się albo zamiast igły zapakuje ci Zabimaru.
      – Renji! Ty słyszałeś kiedyś o czymś takim jak „takt”, durniu? Ledwo co oprzytomniała, a ty jej grozisz?
      – A tobie mało jedna ręka złamana? Bo jakby co, jestem dyspozycyjny." Wiesz, uwielbiam Twojego Renjiego. A tak, zrobił się naprawdę wspaniały. Ale dalej się troszczy o Ikę, nie?

      " – Ona jest nieprzytomna!
      – Wow, dzięki za cynk – mruknął Arrancar, ale wydłużył krok.
      – I krwawi… Boże, to naprawdę źle wygląda…
      – Kurosakiii – Szósty zerknął na nią kątem oka. – Weź mnie nie wkurwiaj z tymi newsami. " Aaaaa!! Takie prawdziwe, takie wspaniałe, takie szóste!! <6


      "Aha. Odda mnie, skurczybyk, na rehabilitację tylko po to, żeby samemu pogruchotać mi kości. Standard." Nie, nie, nie, Ikari, ja Ci to przetłumaczę, o co się jemu rozchodziło, bo Wilczy zły tłumacz jest! Grimmjow się troska o Cię, i chce, byś wyzdrowiała, bo jakbyś odpadła... Swoją drogą... Hahahaha!!! Swoją Drogą (Zniszczenia) Wilczy, jak to jest, przecież Ika to Shinigam, nie? Zawsze mnie zastanawiało, jak Shinigami umierają... To gdzie oni idą? Przeciez to do Społeczności Dusz udają się wszyscy martwi. Znaczy ich dusze, nie? A jak dusza umiera... To po prostu znika z wszechświata?

      "– Jasna cholera, Ikari! Spróbuj się nie wykrwawić na moją hakamę. W czerwonym mi podobno nie do twarzy.
      Nie do twarzy ci z tym krzywy ryjem " Ha, to ci zajebała w myślach, żebyś ty to, Grimm słyszał!! W czerwonym mu nie do twarzy, patrzcie go, blogerka modowa się znalazła!

      W ogóle Wilczy, pobieram tę focię. Nie, nawet mi nie protestuj, mam juz Twoje dzieło, jak Ika kastruje Grimma, to to tez chcę!
      Rozdział wspaniały i jaki przyjemnie długi, no chciałoby się powiedziec "na razie wystarczy, do następnej środy", ale Rhan nie lubi (i nie umie nawet przez internety) kłamać. Nie mam pojęcia jak to rozgrasz między Iką a Szóstką, ale ten spojler coś mi go podesłała... Lepiej, żeby to wszystko miało jakieś racjonalne wytłumaczenie, bo krucho będzie z Panterą. Oj, krucho bardzo!
      Żre mnie, co dalej. Co się tu nawyczynia, bo wrócił Tosiek, i raczej nie będzie wesoło z Minako.
      Ech, i jak zwykle, cała oprawa rozdziału wymiata. Jak zwykle. Dlaczego JAK ZWYKLE do jasnej cholery!? Nooo?!
      Aha, żadnych praw autorskich. Jak Ci się ktoś oświadczy, i nadal będziesz chciała ten cytat, to go bierz :D Zaszczyt dla mnie, i żadnych protestów!
      AAAAA!! CO BĘDZIE Z NJEBIESKIMI!!??

      Usuń
    2. Rrrrhan, po Twoich komentarza zawsze czuję, ze musze sobie dogłebnie przemyśleć Drogę, ze Ty tam więcej nawet dostrzegasz niż ja, no kurde :D Ale oj, jest sporo racji w tym, co snujesz i niestety chyba relacje Iki i Grimma beda teraz takie no... pojebane. Bo myślę, że trafił swój na swego i żaden nie chce ustąpić pierwszy nie? Właśnie, żaden nie chce, ale tez zaden nie umie też zdobyc sie na obojetnosc. Bo obojetnosc to taka zajebiscie trudna sprawa, tak uwazam. łatwiej jest nienawidzieć. To ciagle silne uczucie, a obojetnosci jest taka... niemrawa. Och, obawiam sie, ze nastepne rozdzialy tylko wszystko jeszcze bardziej zagmatwaja, no ale, ja juz widze jak to sie w koncu wyjasni, chociaz.... :P w sumie nie wiem czy to bedzie satysfakcujnujace :D Chociaz2 dla takiego esperta głebinowego (mowie to z pelnym szacunkiem!) raczej nie bedzie problemu ;) Hehe, ale cos mi sie wydaje, ze nakrzyczysz po mnie po ostatecznym zakonczeniu i moze dopiero epilog nieco Cie udobrucha :D Tak się oto bawie we wrozbite macieja no ^^

      Ijeee, dopiero jak żubr mnie zostawil w spokoju widzę, iz wyszlam nie dosc ze marnie to jakbym miala ryj oklepany jakis spuchniety :D no, ale jest słit focia z dzióbem, Boze, chyba moja pierwsza! Taki debiut a ja trzezwa! :D

      Oooooj, Bolenówno. Cóżebym ja bez Cb poczęła, gdybym ja Cie nie miała?
      Bij mnie, ale nie mam pojęcia.
      Chyba nic, zapewne, po prostu nic. A nic to najgorsza rzec z we wrzechswiecie. Wtrac mnie do piekła, a zobaczysz, ze tak wilcze wygladaja meczarnie - nic nie robienie. Boze. Moge nawet ziemniaki obierac przez wiecznosc, byle by cos. A przeciez mowie o piszaniu.

      Usuń
    3. Przeczytałam Twój komentarz u siebie o 3 nad ranem i jak zobaczyłam "hihihihihihitsugaya" to se myślę "Boze, Wilczy sfiksowała, co ona od biednego kapitana chce", a jak do tego wróciłam przed chwilą to jebłam! :D
      Wiem, zes się zgłosiła!! Uahahaha! Będzie ubaw po pachy!! ^^ Wymagluję Cię o wszystko!! O wszystko!!!
      A, wróżbito Macieju wobec tego, co to ma znaczyć ze będę krzyczeć po zakończeniu? Yh... Wilczyyyyyy....?! Nie podoba mi się...! Mam zue bardzo przeczucie!

      Yes, obojętnośc jest niemrawa, taka nijaka, wcale nie pasuje ani do Grimma ani do Iki, oni są na to... zbyt... żywotni? Emocjonalni? Nawet jeśli te emocje nazywają się przeważnie "złością" tudzież "furią", więc obojętności podziękujemy. To, ze ich relacje są pojebane to ja kurde widzę, szczelic jedno i drugie w łeb, jak to mówią "wspólny wróg jednoczy" nie? Ciekawe, co by się wtedy stało... ;>?
      Ych, więc coś tam się domyślam i mogę mieć rację!! Chwila... czekaj... TO DOBRZE!! Nie, łejt, bo ja się domyślam, ze Grimm zdejmie Ikę, a to nie jest dobrze. To jest bardzo niedobrze. Aaaaaa!!
      Ych, ziemniaki obierać... Nie! Żadnego piekła, obieranie ziemniaków... Śmiej się, ale ja tego nienawidzę! Nachodzą mnie wtedy dziwne, sadystyczne myśli... Noł, Wilczy, poza tym jakby Cię wtrącić do piekła, to byłoby mi zal demonów, ot co! Ty byś rozniosła piekło pewnie, do spółki z Njebieskim.
      Anyway! Muszę czekać do środy? Shit... Spojler?
      Jak to Twoje wilcze cudo ma na imię? :*

      Usuń
    4. :D ^^
      Pieseł niestety pojawił się w Wilczym życiu zanim poznałam squad Espady, bo pewno bym na niego Grimmy wołała, albo chociaż Coyotte, no ale cóż, może będę mieć kiedyś dzieci... ^^ No to się Hektor gadzina nazywa :p

      a, nie byłabym sobą jakbym nie odpowiedziała na wezwanie i nie podrzuciła jakiegoś zajebiście ważnego, poważnego i popychającego fabułę naprzód spoilerka, nie? No.

      "Odwracała się do niego upiornie powoli, jak zdezelowane, średnio przytomne zombie i Grimmjow musiał przyznać, że z przodu wcale nie wyglądała specjalnie lepiej. Rozczochrane, chabrowe włosy sterczały jej we wszystkie strony. Roztargany dekolt zjeżdżał nieśmiało z jej ramienia i Arrancar dopiero teraz dostrzegł, że wystają z niego dwie wciąż wbite pod skórę strzykawki.
      – Jasna cholera, mieli mieć na ciebie oko, a tobie udało się nawiać ze szpitala w takim stanie?
      – Mmm? – Ikari przekrzywiła głowę, patrząc na niego nieprzytomnie i nachyliła się w jego stronę, opierając dłonie o kolana. – Kici, kici, kiccci…
      – Słucham?! – wrzasnął Grimmjow, upuszczając swoją poskładaną do perfekcji hakamę.
      – Kici, kici, kici… – wołała go dalej zachęcającym, przymilnym głosem.
      – Nie przeginaj, Jaggerjack, ostrzegam – warknął Szósty, walcząc z pokusą, żeby do niej podejść i dać się podrapać za uszami.
      – No chodź, kiciu, nie bój się… – Hagane zrobiła krok naprzód, a Grimmjow machinalnie się cofnął.
      – J-Ja się boję?! No chy-chyba nie! – Jaegerjaquez nadal się cofał, aż skończył przyparty do ściany. – I-Ikari! P-Przestań robić takie m-maślane oczy!
      Say a prayer, but let the good times roll
      – Dobly koteł… Choś, choś, choś do mnie…
      – N-Nigdy!"

      Usuń
    5. Po pierwsze sorry, bo mam trochę w bani, albowiem dowiedziałam, się, ze moje maleństwo przyjdzie na świat około 16 grudnia, więc Wilczy, pij! Pij za me szczęście, uczyń mi ten zaszczyt!!
      Hektor? Ej, kojarzy mi się z... Z, czekaj, wojną trojańską! Cudowny jest, tak btw.
      Kici, kici?! Do Grimma?! Wilczy, to jest spojler, czy jakaś alternatywna wersja, w której Szóstka faktycznie daje się drapac za uszami, bo ja mnie wrabiasz, tak jak wtedy z tym... No, wiesz, z czym, to ja Ci nie wybaczę! :D
      Ale sam obraz Ikari ze strzykawkami, wiesz, jak z horroru... dociera to do mnie!! Jestem jak najbardziej za tym, ale... Obawiam się, iz to nie będzie nic ciekawego, jak ona TAK woła Espadę. I jak Espada TAK reaguje :D Hahahahahahaha!! Dobrze Hagane!! Tak cię Wilczy wychowała!! <6
      Koteł!! KOTEŁ!! Tak powiedziała!! Koteł!! Aaaaa!! Grimmjow nic! Nic nie zrobił, sukinsyn! Ha, jebłam!! Koteł, choś! Nie, Wilczy, zabijasz w tym momencie, jak mi coś takiego faktycznie wypuścisz w środę, to będę się kłaniać!! Jakbym już tego nie robiła...
      :* Dawaj rozdział, i to normalnie jak najszybciej, bo coś majstrujesz przy tym mruczku i Zelaznej... Ale ze Grimmjow... ^^

      Usuń
    6. Ej, to jst troche niebezpieczne azaliż ja też dzisiaj czciłam to rumem z colą ^^ Wilczy, wyczuwam jakiś dziwny związek <6
      A, maleństwo. No wiesz, raczej mi powiedz co z tym spojlerem a nie!
      Maleństwo jest rasy owczarka kaukaskiego huehuehueco mundo ^^ ; D A coś myślała, że boleynowe bawi się w dom? Nie nie, jestem jeszcze za młoda.

      Usuń
  3. No i się doczekałam ^^ Wczoraj przeczytałam, a dzisiaj grzecznie komentuję :)
    Mmmm miło się patrzy na takiego Grimmiego >^.^< W szczególności utrwalił mi się w pamięci jego obraz prowadzącego samochód :D Już się rodzina zaczęła pytać czemu do twarzy mam przyklejony taki głupkowaty uśmiech, ale jak tu się nie uśmiechać jak ciągle mam takie wyobrażenie w głowie?! :D
    Uuuu Ikari mocno oberwała... Ukatrupić tego... tego łyso-różowego potwora -.- Wrrr... Mam nadzieję, że Grimmi mocno mu dokopie :P

    Wspaniałego masz pieseła *.* Skąd go wytrzasnęłaś? :D

    Do następnego tygodnia! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z czestochowy z hodowli wilczakow ^^
      mam nadzieje, ze Grimm wywiazal sie z obowiazku i dostarczył Ci rozrywki :D

      Usuń
    2. Zazdroszczę ^^" Jak będę mogła sobie takiego sprawić to się odezwę po porady :D

      Wywiązał się w 100% :*

      Usuń
  4. Zawsze jak chce ci skomentować rozdział są jakieś przeszkody ;_;
    Ale to nie ważne już parę razy zaczynałam komentarz i po chwili wbija mi ktoś do pokoju i prosi żebym coś zrobiła czy gdzieś poszła. Czytałam ten rozdział z 3 razy i za każdym był tak samo zajebisty.
    ;_; Wilczek taki... Po prostu kawii ^^ Zazdroszczę. Czekam na kolejny rozdział i obiecuję, że komentarz nie będzie pisany w biegu ;_;
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń