Ogłoszenia parafialne (sekty pod wezwaniem Sexty)

OGŁOSZENIA PARAFIALNE (sekty pod wezwaniem Sexty):

Wstyd mi. Ale znów dużo się działo. Wyszłam za mąż, takie tam.

Kochani autostopowicze, przedstawiam ostatni rozdział Drogi.

INFO_NUMBER_2:

ZAPRASZAM NA NOWĄ WILCZĄ HISTORIĘ,
ZAPRASZAM NA TAGGED# MONSTERES

środa, 24 czerwca 2015

17. OKO ZA OKO, UKŁAD ZA UKŁAD: It’s bound to take your life (cz.1)


Mmmm, siema. Wiem, dałam lekko dupy. Nie mam specjalnie dużo na swoje usprawiedliwienie. To nie był brak weny, bo ciągle coś skrobałam. Choćby na Turn to dust... Potrzebowałam chwilki, by zabrać się za mecz. Być może fakt, że nie ustaliłam sobie daty, jak zazwyczaj, też wpłynął na poślizg. I BRAK POSTÓW NA HG. Postaram się więcej nie przerywać na tak długo. Sorry. Jak ktoś ma ochotę mnie opierdolić, będzie mi miło.
A TERAZ FAJNIEJSZA CZĘŚĆ PARAFIALNYCH. Muszę się pochwalić fanartami!!!!! To nie było tak, że ja Tris zmusiłam... Nie nie nie, ona tak mnie lof, że przygotowała je dla mnie z własnej woli :D I OTO ZAMIESZCZAM ARTY JEJ AUTORSTWA, które będą również dostępne w galerii. Oszalałam przez nie. I oblałam je w warce. Tak jak 400 stron Drogi, bo tylu właśnie nastukałam zniszczeń.


 Autorkę fanartów, TRIS, znajdziecie na Szepcie i na Behind last crossroad (FF Bleacha, Tokyo Ghoul oraz D.Gray-mana).
____________________
Na zimowe niebo wkradała się napęczniała tarcza pełni. Księżyc promieniał złowieszczym, krwawym blaskiem, który rósł w oczach. Otaczające go chmury przegrywały z jego lśnieniem i prześwietlone sunęły prędko przed siebie, podobne strzępom dymu. Całe Tokio, pokryte cienką śnieżną kołderką, skąpane było w niepokojącej aurze i być może to z jej powodu targały nim złe przeczucia. A przynajmniej jeszcze bardziej złe i parszywe, niż przez cały ten czas, gdy tu siedział. Maleńkie okienko, wyposażone w kraty, potęgowało uczucie uwięzienia, ale dzięki niemu mógł teraz wpatrywać się w budzącą lęk pełnię, dręczony wątpliwościami tak intensywnie, że pierwszy raz, odkąd oprzytomniał, czuł się pobudzony na tyle, by wykrzesać z siebie iskrę woli walki. Zaciskał dłonie na kratach, próbując zregenerowanych sił, a czerwony satelita zdawał się drwić z jego wysiłków, zaścielając miasto złowrogą księżycową posoką, spływającą po jego wytatuowanych rękach.
I see the bad moon arising
Jego rany już prawie się wygoiły, ale wciąż czuł dyskomfort przy każdym ruchu i obiecał sobie milion pięćset razy, że jeśli z tego wyjdzie, zapisze się na jakieś korepetycje z kidou, bo sam nie wiedział, czy bardziej sobie pomógł, czy zaszkodził, próbując się uleczyć. Wciąż jednak w gorszym stanie, niż jego ciało, pozostawała jego psychika. Do dzisiaj nie rozumiał, co właściwie się stało. Dlaczego ona próbowała go zabić. I czym była broń, którą się posłużyła. Racjonalna część umysłu próbowała jakoś wytłumaczyć zmieniający się kolor oczu, pusty ton głosu, ale chociaż wmawiał sobie, że ostatnio nie była sobą, a jemu pewno coś się przywidziało, rosnące uczucie paniki podpowiadało mu, że coś się w tym wszystkim porządnie nie zgadzało. Coś dużego.
Kiedy za masywnymi drzwiami, które nie dawały się wywarzyć na żadne znane mu sposoby, rozległy się jakieś hałasy, podskoczył. Odwrócił się plecami do zimnej, kamiennej ściany, opierając o nią opuszki palców. Przeszukiwanie pomieszczenia po raz setny nie miało najmniejszego sensu, wiedział, że nie znajdzie w nim nic, co mogłoby posłużyć do obrony. Łoskot za drzwiami narastał, a on zrozumiał, że paraliżuje go strach. Jeśli znów zobaczy te mieniące się barwami oczy, nienaturalny, jakby doklejony do twarzy szeroki uśmiech… Znów nie będzie w stanie się bronić.
Drzwi się zatrzęsły. Zgrzytały blokujące je zamki. Wreszcie się uchyliły, a on przez ułamek sekundy widział wkradające się przez szczelinę długie, kolorowe pióra.
I see trouble on the way
Na moment te pióra wypełniły cały kadr jego widzenia, przyćmiewając zdolność jasnego myślenia. Pokryły jego świadomość kolorowym puchem, pod którym zaczął się dusić i już miał krzyknąć, kiedy ktoś mocno potrząsnął jego ramieniem, a uszu dobiegł go chłodny, opanowany głos.
– Poruczniku! – Ktoś klepnął go wierzchem dłoni w policzek.
Kolory znikły, zastąpione przez poważną, pociągłą twarz. Renji złapał za rękę, która wciąż znajdywała się przy jego twarzy, oglądając ją z każdej strony i dopiero kiedy upewnił się, że nie jest obtoczona piórami, odetchnął i puścił ją. Drżał, czerwone kosmyki włosów przykleiły się do jego spoconego czoła, ale ulga była zbyt duża, żeby czuł się zawstydzony nienajlepszą kondycją.
– Od tygodnia nie dostałem żadnego raportu. – Mimo tonu reprymendy głos nie brzmiał szczególnie surowo. – Usprawiedliwię ci tą niesubordynację pod warunkiem, że szybko uzupełnisz raporty.
– Ja… – Piwne oczy zmrużyły się podejrzanie. – Skąd kapitan wiedział, gdzie jestem?
– Za to mi płacą. – Kapitan odwrócił się, zakładając ręce za plecami i zmierzając do wyjścia. – A teraz chodź. Mecz już się zaczął. W drodze zdasz mi raport, co właściwie się wydarzyło. – Zimne  szare spojrzenie namierzyło porucznika znad ramienia. – Ze szczegółami. Jeśli coś przemilczysz, wtrącę cię do takiej celi, że zamknięcie tutaj będziesz wspominał z rozrzewnieniem.

W TYM SAMYM CZASIE, W TYM SAMYM BUDYNKU

I see earthquakes and lightnin
Jarzeniowe światło w szatni to gasło, to się rozpalało, pogrążając całe pomieszczenie w irytującym odgłosie cykania. W momentach, gdy zapadł mrok, chłopak próbował przemieszczać się po szatni, ale nie był pewien, czy osłona ciemności daje mu jakąkolwiek przewagę. Do tego kuśtykał, walcząc z bólem i z każdą chwilą coraz bardziej powłóczył za sobą nogą. Klął w myślach, święcie przekonany, że nie dane mu będzie ani wrócić kiedykolwiek na boisko, ani nawet dożyć operacji kolana. Co mu przyszło do głowy, żeby wyjść do szatni, kiedy kwarta jeszcze trwała. Tylko nie spodziewał się, że coś tutaj będzie się czaić już nie tyle na jego karierę, co życie. Nieprawdopodobność tego, co się działo, zmuszała go do niedowierzania. Miał ochotę parsknąć, ale bał się, że mógłby ułatwić ścigającej go kreaturze zadanie.
Ale ona się nie spieszyła. Słyszał powolne kroki i chichot przeplatany z przeciągającym sylaby nawoływaniem. Towarzyszył temu odgłos drapania, jakby szła i przesuwała po szafkach pazurami, a kiedy przykuśtykał między rzędem, który minęła, zobaczył na ich powierzchni ciągnące cię w metalowej nawierzchni równoległe, głębokie zarysowania.
Poskoczył, chwytając się za serce, kiedy gdzieś po drugiej stronie szafek, za którymi się chował, trzasnęły kilkukrotnie metalowe drzwiczki w akompaniamencie żarłocznego śmiechu.
I see bad times today
– DON’T GO ARRRROUND TONIGHT… – rozległ się upiorny, skrzekliwy śpiew.
Przeszył go dreszcz obrzydzenia. Kiedy światło znów zgasło, przemieścił się klika metrów w stronę wyjścia i schował we wnęce w ścianie, gdzie wisiała gaśnica. Jeszcze nie ochłonął po meczu, a kolejne krople potu występowały na jego skórę. Zaciskał zęby, zmagając się z bólem. Może powinien był krzyczeć, ale jego krtań ściskała lodowata łapa strachu. Poza tym, kto by go usłyszał, gdy tuż obok sala gimnastyczna, na której trwał mecz, tonęła w morzu dopingu. Tylko zdradził by swoją lokalizację i sprowokował tą, to… Czymkolwiek to było.
Najpierw pomyślał, że to ona. Że zbiegła za nim do szatni, sprawdzić w jakiej kondycji ma się jego zniszczona przyszłość i rozszarpana duma. Już się odwracał, warknąć, żeby dała mu spokój i spadała, bo to przecież jej koleżka tak go urządził, ale wtedy… Obraz mu się rozmył. Może to łzy gniewu, które napłynęły mu do oczu, lecz kiedy otarł je wściekle nadgarstkiem, już nie chciał, by świat nabierał ostrości. Bo szatnię po sufit wypełniało coś nieludzkiego. Coś kolorowego, o wyszczerzonych w szkaradnym uśmiechu kłach, stało na przypominających wilcze łapach, wyposażonych w zakrzywione, czerwone szpony i miało czerwone, zakręcone rogi. I patrzyło na niego dużymi, najstraszliwszymi ślepiami, jakie w życiu widział. Poczuł nudności i przytłaczający paraliż. Bardzo chciał odwrócić wzrok, ale nie mógł. Stwór przekrzywił głowę, a spomiędzy jego sinych ust wyłonił się długi, rozdwojony jęzor.
– ZDAJĘ SIĘ ŻE WIEM O CO CHODZI – przemówił, a on ze zdziwienia, że to coś używa zrozumiałych słów, zrobił krok w tył i przewrócił się. – PODOBNO LUDZIE NA CHWILĘ PRZED ŚMIERCIĄ WIDZĄ RZECZYWISTOŚĆ TAKĄ JAKĄ JEST NAPRAWDĘ. WIĘC… POWIESZ MI CO WIDZISZ SKARRRBIE?
Chyba Śmierć we własnej osobie, pomyślał, ale nie zdołał nic odpowiedzieć. Kolorowy demon zrobił krok do przodu, przygarbiając się, jakby zamierzał zaatakować. Niemal zgniótł jedną z szafek potężną, pierzastą łapą, opierając się o nią. Szpony u stopy zadrapały kafelki. Przerażony chłopak zdołał jedynie niewiele przeczołgać się na plecach, a wtedy światło na moment zgasło, a on błyskawicznie potoczył się pod ławkę. Usłyszał łopot skrzydeł i pękającą podłogę, gdy potwór jednym susem przeskoczył pół szatni. Lecz zamiast wściekłego ryku, rozległ się śmiech, od którego zjeżyły mu się włoski na karku. Widocznie gonienie za okulawioną ofiarą naprawdę sprawiało demonowi frajdę, bo zamiast go dopaść i pożreć, najwyraźniej postanowił się z nim bawić. Tylko to tłumaczyło, dlaczego jeszcze żył.
Ale to nie miało potrwać już długo.
Well, it’s bound to take your life
Dopadł go tuż przed wyjściem, kiedy to zdecydował się na desperacką próbę rzucenia się do drzwi. Przecenił swoje siły. Kolano ugięło się pod nim, kiedy tylko oparł na nim ciężar ciała. Usłyszał nad sobą chichot, a kiedy uniósł głowę, ujrzał rozwarte szczęki, najeżone spiczastymi kłami. Zdążył przełknąć nerwowo ślinę i pomyśleć o piraniach, zanim blokujące drzwi skrzydła zsunęły się z nich i otoczyły go, zadając czternaście śmiertelnych ran. Pióra wchodziły w jego ciało coraz głębiej, przenikając tkanki, przecinając nici życia.
Tak to widział, tak mu się wydawało. Lub komuś postronnemu mogłoby się wydawać, że stoi przed nim zwykła dziewczyna. Z kataną. I oczach czarnych, jak… Nie. O zielonych oczach. Albo czerwonych. Nie, też nie. Oczy miała… Tego samego, granatowego koloru, co on. A może rzeczywiście to nie była dziewczyna? Im dłużej by na nią patrzył, tym bliższy byłby dokonania żywota i tym prawdziwiej postrzegałby otoczenie. Dlatego może czasem rzeczywiście lepiej jest nie wiedzieć? Niż umrzeć?
– Dlaczego? – Gdyby mógł wcześniej przygotować jakieś swoje ostatnie słowa, pewno padłoby na jakąś solidną wiązankę. Niestety nie wpadł na to, że dzisiejszy mecz naprawdę skończy się dla niego tragicznie, mimo wszystkich gróźb, jakich się nasłuchał. Ale teraz, kiedy obraz znów tracił ostrość, zamiast paskudnej, przywodzącej na myśl mięsożerne ryby, paszczy, znowu widział ludzką twarz i nie umiał wysilić się na żadne inne słowa.
– A DLACZEGO NIE? – padła odpowiedź. – PRZECIEŻ OD POCZĄTKU TAKI BYŁ PLAN. DLATEGO PRZYBYLIŚMY. POD PRETEKSTEM INFILTRACJI. DLATEGO ZEBRALIŚMY CAŁE POKOLENIE W JEDNYM MIEJSCU JEDNEGO DNIA.
– Po co? – wyrzęził.
– DLA WASZYCH UMIEJĘTNOŚCI. PRZYDA NAM SIĘ MAŁY UPGRADE. Z TYMI UNIKATOWYMI ZDOLNOŚCIMI BĘDĘ MIAŁ SZANSĘ POKONAĆ WSZYSTKICH. SAM POWIEDZ. TWOJA SIŁA SZYBKOŚĆ ZRĘCZNOŚĆ. NIE MOGŁEM POZWOLIĆ ŻEBYŚ ZMARNOWAŁ SIĘ NA PARKIECIE. – Pomału wyciągnął pióra z jego ciała i musnął jego policzek zakrwawionymi koniuszkami. – DOPOSASZYSZ MNIE. TAK JAK RESZTA Z WAS. WASZE TALENTY KOPIOWANIA BLOKOWANIA CELNOŚCI PRZEWIDYWANIA… ZROBIĘ Z NICH LEPSZY UŻYTEK. PODCZAS PRAWDZIWEJ WALKI.
To by było na tyle, pomyślał z pewnym rozczarowaniem. Nie tak to sobie wyobrażał. Ale nic nie mógł na to poradzić. Nadeszła pora. Z granatowych oczu pociekł strumień łez. Podobnie jak z tych, które teraz były cyjanowe.
Pokryte posoką zanpakuto upadło na podłogę.
Wciąż stał, chociaż jego ciało się przewracało. Patrzył na nie z pewną dozą nostalgii, jeszcze niepogodzony z tym, co go spotkało. Patrzył na łańcuch, który wciąż go z nim łączył, a na którego ogniwach igrał krwawy blask pełni i zastanawiał się, czy to bardziej game over czy może level up.
There's a bad moon on the rise.

TRZY GODZINY WCZEŚNIEJ.

– GDZIE ON JEST?! GDZIE ON JEST, DO JASNEJ CHOLERY?! – Trener Must pieklił się już od dwóch kwadransów, aż wszyscy licealiści i kilku Shinigami zaczęło ignorować jego lamenty. Cała drużyna Karakury siedziała w szkolnym autokarze zmierzającym do Liceum Toutou. Cała, z wyjątkiem dwóch graczy z pierwszego składu. Minako, która jako oficjalna menadżerka zajmowała miejsce tuż obok Musta, uklęknęła na siedzeniu i przytrzymując się zagłówka, potoczyła zmartwionym wzrokiem po autokarze.
Shuuhei zdążył zasnąć z policzkiem przyklejonym do szyby, Sad siedział wyprostowany, jakby połkną kij od szczotki, a Ichigo wysmarkiwał się donośnie w chusteczkę. Yumi z Madarame kłócili się o coś z rezerwowymi; resztę autokaru wypełniali uczniowie i cheerleaderki szkoły.
– Jakieś pomysły? – Must zajął miejsce obok Kurosaki, wzdychając ciężko i patrząc na nią z nadzieją. – Toutou zmieniło skład. Teraz gramy z Generacją na Sterydach, a nam brakuje dwóch skrzydłowych! Skopią nam dupy tak mocno, że tygodniami nie będziemy mogli usiąść!
– Spokojnie. – Minako obróciła się w fotelu, ale wbrew swojej rady sama zaczęła obgryzać paznokcie. – Na pewno się znajdą.
– Gdzie oni się, do cholery, podziali? – Fullbringer nie przestawał zawodzić. – Myślisz, że ilu ja mam sensownych rezerwowych?
– No, powinieneś mieć ich z tuzin.
– Nie po tym, jak połowę pierwszego składu uzupełnili Arrancarzy i Shinigami! Myślałem, że jesteście bardziej…
– Ej – oburzyła się Kurosaki, zdzielając go dłonią, której nie obgryzała, w ramię. – Nie wsadzaj nas do jednego wora! Renji gdzieś przepadł i nawet w Seireitei nic o tym nie widzą, ale Byakuya go znajdzie, natomiast Grimmjow…
– No co z nim? Gdzie on polazł?
– Aizen go wie. To Pantera. Łazi swoimi ścieżkami. Wziął się wczoraj wypindżył i że idzie na miasto, tyle powiedział.
– Matko Bosko, do czego to dochodzi, skoro Espada nocami baluje w klubach – zatrwożył się pułkownik, mimowolnie się wzdrygając. – Nie chciałbym spotkać takiego na prywatce. Cały wieczór bałbym się, że mnie poprosi do tańca.
– Cóż. Może na tym polega jego ewolucja.
– Zamienia się w żigolaka?
– Trenerze, litości! Teraz cały dzień będę próbowała pozbyć się wizji Jaegerjaqueza w… fuj!
– Ale odniosłem wrażenie, że mu nieco zależy na grze – kontynuował Must, nie przejmując się rudowłosą, która udawała, że wymiotuje na podłogę autokaru. – Inaczej chyba nic nie zmusiłoby go do brania w tym udziału.
– I nie chcesz wiedzieć co to są za pobudki, które nim kierują, pułkowniku, naprawdę! Nie chcę więcej słuchać niczego na ten temat!
– Ale…
– NIE!
– Ale wciąż nie mam pierwszego składu!
– DOBRA! Jak tylko przyjedziemy, poszukam Ikari. Ona jest dobra w namierzaniu reiatsu, a Grimmjow też nie jest fanem nie manifestowania swojej królewskiej obecności.
– Wciąż brakuje mi jednego skrzydłowego.
– Przecież powiedziałam, że dobra.
– A co to znaczy?
– Że sama zagram! W tej nowej fryzurze wyglądam jak brat Ichigo, a nie jego siostra, więc…
– Umiesz grać?
– Zasady znam. I jestem Shinigami. Powinno wystarczyć.
– A co zrobimy z tym? – Must wskazywał na jej piersi.
– Och, coś się wymyśli.
– Mogę ci je przechować, na czas meczu.
– Nie wątpię. Od początku wyglądałeś mi na gościa pokroju Urahary.
– Urahara? Kto to?
– Stary, zramolały zboczeniec, który wszędzie za nami łazi.
– Aha. Dzięki.
– Nie ma za co.
Kiedy zatrzymali się pod liceum Toutou, Minako jako pierwsza wybiegła z autokaru. Fullbringer panikował całą drogę i stokrotnie obrzydło jej to lamentowanie, chociaż miał trochę racji. W starciu z Pokoleniem Cudów Karakura musiała przynajmniej postarać się wystąpić w składzie, w którym ćwiczyli taktykę. A jako menadżer była odpowiednią osobą, by się tym zająć.
Gdzie mogła podziewać się Ikari o tej porze? Jeśli olała swoją misję – gdziekolwiek, lecz jeśli wciąż ją wypełniała – musiała kręcić się po szkole. Podobno zaangażowała się w kibicowanie Toutou, więc powinna być teraz w pobliżu ich drużyny. Nie zastanawiając się dłużej, Minako ruszyła na salę gimnastyczną, gdzie grający popołudniowy mecz mieli lada moment rozpocząć trening. Wraz z nią zmierzali w tamtą stronę pierwsi uczniowie i kibicie, gromadząc się, by oglądać rozgrywkę. Tuż przed wejściem na salę utworzył się mały korek, przez który przedzierała się w przeciwną stronę postać o ciemnoniebieskich włosach. Kurosaki natychmiast zamachała do niego ręką, podskakując.
– Hej, ty! Aho… Aomine!
Skrzydłowy Toutou dostrzegł ją w tłumku i marszcząc brwi, podszedł do niej.
– Jesteś znajomą Ikari – stwierdził, patrząc na Shinigami ze swojej koszykarskiej wysokości. – Nie wiesz gdzie ona jest?
– Chryste, miałam nadzieję, że ty mi to powiesz! – stęknęła z zawodem rudowłosa.
 – Wyszła wczoraj wieczorem i nie wróciła – powiedział Daiki, marszcząc brwi. – Myślałem, że jest z wami.
Minako tylko pokręciła przecząco głową.
– Ale… hm. – Chłopak podrapał się w tył głowy, zerkając na drzwi do sali. – Zdawało mi się, że poczułem zapach jej perfum, kiedy weszliśmy na halę.
– Perfum? – zdziwiła się Minako. – Ona żadnych nie używa.
Daiki wzruszył ramionami.
– Może perfumuje się tylko dla mnie – wyszczerzył zęby w uśmiechu – bo zawsze jak jesteśmy razem, czuję ten zapach. Zawsze ten sam.
Teraz to Minako się zastanowiła. To nie było w stylu Ikari. Ona gardziła ludzkimi kosmetykami. Wszystkim, prócz czarnej kredki do oczu. Ale czy to możliwe, żeby ten koleś czuł nie tyle jej zapach, co reiatsu?
Pośpiesznie go wyminęła, a kiedy pchnęła oba skrzydła drzwi prowadzących na salę, zrozumiała, że chłopak naprawdę musiał ją wyczuwać. Energia duchowa Hagane buchnęła zza nich jak żar z nagrzanego pieca. I nie była sama. Wraz z gniewnym, stalowym reiatsu przeplatała się nieco bardziej wytłumiona i dużo bardziej destrukcyjna energia Szóstego Espady, tworząc razem energetyczną kaskadę chaosu.
I hear hurricanes ablowing.
Musieli tu być, oboje. Dziewczyna potoczyła wzrokiem po hali, ale nie dostrzegła wśród zbierającej się widowni błękitnego łba Arrancara ani chabrowej, rozczochranej fryzury. Mimo wszystko postanowiła przebiec się wzdłuż rzędów i trochę się rozejrzeć. Zaczęła od prawej strony i nie szczędziła przy tym shunpo. Przebiegała między ludźmi, podobna smudze światła. Tylko nieliczne głowy odwracały się za nią w konsternacji. Ktoś narzekał na przeciąg, ktoś inny na wadliwą klimatyzację, ale Minako nie zatrzymywała się, by odpowiadać na te pretensje. Na szczęście ludzie dopiero zaczynali się schodzić, więc trybuny nie były zbyt zatłoczone. Bez problemu mogła skakać między ławkami i po nich, bez obawy, że kogoś zdepta, chociaż raz czy dwa zdarzyło jej się odbić od czyiś zgarbionych pleców.
Obeszła już całą stronę, ale nikogo nie znalazła. A jednak korcący zapach reiatsu kapitan ósemki i Arrancara nie ustępował. Przeskoczyła na drugą stronę i kontynuowała poszukiwania. Już miała dać sobie spokój, gdy w ostatnim rzędzie, przeznaczonym dla vipów, dostrzegła leżącą na ławce postać o znajomych konturach. Wskoczyła na górę i kiedy stanęła nad drzemiącym osobnikiem, pozbyła się reszty wątpliwości, co do jego tożsamości.
W vipowskiej loży, z nogą na nogę i ręką pod głową, w rozchełstanej  granatowej koszuli, chrapiąc donośnie, leżał król Hueco Mundo.
– Za jakie grzechy! – jęknęła, kiedy pochyliła się nad nim i została zmuszona wziąć natychmiastowy odwrót, bo odór nieprzetrawionego alkoholu, wydobywający się z paszczy Arrancara, prawie ją znokautował. – Ty wstrętna moczymordo ty…
Dziabnęła śpiącego Grimmjowa w ramię i zawyła, bo prawie złamała sobie palec na jego hierro. Po tym incydencie wykazała się wzmożoną ostrożnością i przy kolejnej próbie ocucenia Espady użyła do tego celu glana. Grimmjow mruknął coś dopiero po czwartym kopnięciu. Zachęcona tym małym sukcesem, Minako wycelowała w jego goleń i kopnęła z taką siłą, że oparta na kolanie druga noga Arrancara zsunęła się, a on sam usiadł gwałtownie, podpierając się rękami i tocząc dookoła półprzytomnym, dzikim spojrzeniem. Jedna z jego łap wystrzeliła w stronę rudowłosej i zacisnęła się na jej szyi. Spowite z cienia pazury zaczęły znaczyć jej skórę, dziewczyna uwiesiła się obiema dłońmi jego łapy, próbując rozewrzeć zaciskające się na jej gardle palce, ale on trzymał ją zbyt mono. Podnosił Shinigami w górę. Warkot rodzący się w jego gardle narastał.
I know the end is coming soon
Majdała nogami w powietrzu i jedna z jej stóp z rozmachem wylądowała na szczęce Jaegerjaqueza. Znieruchomiała, pewna, że teraz już na pewno czeka ją śmierć, ale ku swojemu zdziwieniu, Grimmjow potrząsnął głową, jakby otrzepywał się ze snu i spojrzał na nią dużo trzeźwiej. A potem ją puścił.
– Nigdy więcej tego nie rób – ostrzegł, spuszczając nogi z ławki i opierając łokcie o kolana.
– Czego?! To ty chciałeś mnie udusić!
– Dlatego nigdy więcej mnie nie budź, pieprzona Shinigami, no chyba, że chcesz zginąć.
– Ty zawszony gnojku! To ja cię szukam, mecz za chwilę, a ty odpierdalasz sobie jakieś drzemki na… Co ty tu właściwie robisz?
– Odsypiam, do kurwy nędzy – zawarczał Arrancar, patrząc na nią spod ciężkich powiek. – Nie widać?
– Ale dlaczego akurat tutaj? – Nie dawała za wygraną Minako.
– A dlaczego, kurwa, nie. – Grimmjow ziewnął, prezentując zestaw kłów. – Przynajmniej miałem gwarancję, że się nie spóźnię na ten pierdolony mecz.
– Wciąż ci zależy na wygranej? – zapytała Kurosaki, a Grimmjow tylko uśmiechnął się szyderczo. – Właśnie, skoro mówimy o Ikari… Nie wiesz gdzie ona jest?
Uśmiech Grimmjowa tylko się pogłębił.
– Wiem – odpowiedział, susząc zęby.
– No, to zdradzisz mi ten sekret? Mam wrażenie, że jest gdzieś obok, ale… – rozejrzała się raz jeszcze po trybunach. – Nigdzie jej nie widzę.
Arrancar zaśmiał się w głos, a potem się pochylił. Błękitny łeb znikł między jego nogami, gdy zaglądał pod zabudowaną ławkę. Po chwili zniknęła pod nią również łapa Espady. Jaegerjaquez zdawał się coś przez dłużysz moment wymacywać, aż w końcu cyniczny uśmiech zalał resztę jego twarzy, a on wyciągnął spod ławki kapitan Ósemki, już budzącą się z pijackiego snu.
– Www… Weź się! – oburzyła się, wyrywając się Grimmjowowi i przyjmując pozycję siedzącą. Na głowie, jak opaskę, przewiązany miała krawat, a zamiast zwyczajowego ludzkiego stroju, w jakim bezustannie ostatnio chodziła, miała na sobie kosode i kapitańskie haori.
– Chyba zgubiłaś gdzieś swoje gigai, Ika… – odważyła się zauważyć Minako, a Ikari tylko rzuciła jej mordercze spojrzenie, po czym spojrzała po sobie, prychnęła, dźwignęła się do pionu, otrzepała, wytrząsnęła z sandała kamyczka, jeszcze raz prychnęła, uniosła dumnie głowę i odeszła, chwiejąc się na nogach. Zanim doszła do schodów, wróciła jednak, zdarła z głowy krawat i rzuciła nim w Szóstego, który złapał go zwinnie, posyłając Ikari jadowity uśmieszek.
– Czy chcę wiedzieć, co ona tam robiła? – zapytała Minako, wskazując pod ławkę, gdy Jaggerjack już uciekła.
Arrancar wzruszył ramionami.
– Napatoczyliśmy się na siebie w nocy, a potem wylądowaliśmy tutaj i kiedy nie chciała iść ze mną grzecznie spać, wpakowałem ją pod trybuny, żeby gdzieś nie spierdoliła – wyjaśnił spokojnie. – W końcu będzie mi coś dłużna po meczu…
– Nie uśmiechaj się tak szeroko, bo ci się zajady zrobią – pouczyła Espadę Minako. – Poza tym, błagam, ale ty i „iść z tobą grzecznie spać” to chyba jakiś niedorzeczny eufemizm.
Grimmjow spojrzał na Kurosaki, jakby nie do końca zrozumiał ostatnie zdanie i zastanawiał się, czy dziewczyna mu przypadkiem nie grozi. Zanim przekalkulował sobie, czy opłaca się znowu uruchomić agressive mode, Minako klepnęła go w ramię.
– Chodź. Musimy pokazać cię trenerowi, zanim osiwieje, że pół drużyny mu się zgubiło.
Schodzili z trybun, kiedy na salę wlała się wielobarwna rzeka ich wrogów w postaci członów Pokolenia Cudów.
I fear rivers over flowing
– To wcale nie będzie takie proste – zrozumiała Minako, zatrzymując się wpół kroku i obserwując, jak czerwonowłosy dzieciak, którego poznała już wcześniej, prowadzi swoją drużynę przez parkiet. Za nim podążał Kise, którego również miała okazję poznać oraz Aomine. Wysokiego dryblasa o fioletowej czuprynie też kojarzyła z prywatki w Kalifornii, ale nie zapamiętała jego nazwiska. Natomiast zielonowłosy okularnik, kurdupel o jasnoniebieskich włosach i koleś o bordowej fryzurze i rozdwojonych brwiach, a także albinos ze znudzonym wyrazem twarzy, byli jej całkiem obcy. Wszystkich ich spowijała aura zwycięstwa. Czerwono-czarne stroje Toutou, w jakie byli ubrani, dodawały im powagi. Miała wrażenie, iż patrzy na profesjonalnych graczy, a nie gówniarzy z liceum.
Grimmjow zaszczycił ich tylko przelotnym spojrzeniem. Zorientował się, że to przeciwnik po jednolitych strojach i paskudnej, w jego mniemaniu, gębie Daikiego. Nie zamierzał jednak trząść portkami ze strachu na widok tak tęczowego składu. Nawet jeśli tęcza powinna kojarzyć mu się z dość niebezpiecznym Hollowem, kręcącym się w pobliżu. Spokojny i całkowicie wyluzowany zaszedł pod ławkę trenerską, na której Fullbringer rwał włosy z głowy, a na widok Arrancara i towarzyszącej mu Kurosaki, osunął się z ławki na kolana i byłby bił w podzięce pokłony do parkietu, gdyby Ichigo i Sad nie wzięli go pod łokcie i nie postawili na nogi.
– Jesteśmy uratowani! – zdołał z siebie wykrztusić Must, gdy zawodnicy zawlekli go z powrotem na ławkę. – Jeszcze tego ananasa mi znajdzie i będzie gitara! A TY! – Pułkownik stał już o własnych siłach i wskazywał palcem na Grimmjowa. – Przebierasz się w tej chwili i jazda na rozgrzewkę!
– Spoko. – Arrancar przeciągnął się beztrosko, nie dając Fullbringerowi powodów do użycia swojej zapalniczki. Złapał za brzeg koszulki, żeby ją ściągnąć i założyć drużynowy strój, ale  Kurosaki złapała go za nadgarstek.
– Co znowu? – zamarudził Jaegerjaquez, patrząc na nią ostrzegawczo.
– Publiczne przebieranie się to chyba nie najlepszy pomysł, Grimmjow.
– Bo co? Nie widziałaś w życiu nagiego faceta i boisz się, że dostaniesz udaru? – Wyszczerzył się złośliwie.
– Dobrze wiesz, że to nieprawda – odpowiedziała, czerwieniąc się lekko.
– Mam na myśli prawdziwego mężczyznę, a nie jakieś dzieciaki bawiące się w „Jęstę twoim kapitanę”.
– Czy w twojej definicji „mężczyzna” to taki półmózg jak ty? – Rzuciła mu w twarz koszulką z wielką niebieską szóstką. – Już sporo się natłumaczyłam podczas waszych treningów, że ten szajs na twoim ryju to ochraniacz na zęby, które wybili ci w ostatnim meczu. Ale to, że żyjesz, mając wylotową dziurę w brzuchu, raczej ciężko będzie wytłumaczyć, nie sądzisz?
– Nie moja wina, że ten wasz zasrany geniusz w zasranych sandałkach skonstruował gigai tak, że oddaje każdy detal pierwowzoru! – wydarł się Espada, opluwając Minako, ale  zabrał swój strój i udał się z nim do szatni. Przez następny kwadrans połowa drużyny starała się nie dopuścić do tego, żeby tą szatnię opuścił, widząc jaki transparent wnosi właśnie Ikari na salę. Ale grupa złożona z nastolatków i zastępczego Shinigami nie mogła powstrzymywać Szóstego w nieskończoność. Kiedy więc po kilku minutach drzwi szatni eksplodowały, wszyscy z grupy oporu rozpierzchli się w różne strony, a król już bez przeszkód mógł podziwiać dumnie prezentującą sią na widowni fanę z wielgachnym napisem „FUCK THE KING”, którą Ikari, z powrotem w gigai, wręczała właśnie niedoinformowanym, acz wciągniętym naprędce w przedsięwzięcie uczniom Toutou.
Kiedy Arrancar wyraził głośno swoje niezadowolenie, cała sala zatrzęsła się od jego ryku, a Ikari zmuszona została przytrzymać się własnej fany (naprędce nabazgranej na prześcieradle, które gwizdnęła higienistce), ale i tak niewiele brakowało, by spadla z widowni. Na całej hali zaległa grobowa cisza, dopóki Jaggerjack nie zbiegła do swoich cheerleaderek, nie zabrała z ławki megafonu i nie wrzasnęła przez niego:
BANDA ŚWIRÓW! CHULIGANI!
I hear the voice of rage and ruin
Na co trybuny wypełnione kibicami Toutou powtórzyły okrzyk, najpierw nieśmiało, potem coraz więcej głosów dołączyło do skandującej entuzjastycznie kapitan. W końcu większość publiki poczuła kibolski zew i do okrzyków dołączyło tupanie, które wprawiło salę w drgania w odpowiedzi na królewskie porykiwanie.
– No bez jaj, że oni będą tak sobie drzeć gumiory, a my będziemy siedzieć cicho… – zbulwersował się siedzący w pierwszym rzędzie na widowni Karakury Madarame, po czym postanowił wziąć na siebie obowiązki młynowego i wyskoczył przed barierkę, tworząc z dłoni imitację megafonu i wykrzykując swoją wersję dopingu:
– BANDA ŚWIRÓW! SHINIGAMI!
Z początku jego okrzyk podchwycili tylko bezpośrednio zainteresowani, ale kiedy dołączył do nich Must, trzymając w ręku swoją srebrną zapalniczkę, wszyscy uczniowie natychmiast zaczęli powtarzać zawołanie, nie zastanawiając się nad jego znaczeniem.
– HURA, HURA, HURA! KA-RA-KU-RA! – wywrzaskiwał Ikkaku, dwojąc się i trojąc w wymyślaniu dopingu. – KA-RA-KURA! NA ZWYCIĘSTWO RECEPTURA!
Ale Toutou nie pozostawało dłużne, odpowiadając pod przewodnictwem Hagane własnymi przyśpiewkami:
– KARAKURA TO STARA KUR… RURA! KARAKURA PRZEGRA DO ZERA!
Ikari jako ekspert od wulgaryzmów preferowała zestaw dopingowy składający się z zestawienia słów „Karakura – cenzura”, ale zanim wymyśliła najbardziej zatrważające piosnki, na środek wybiegł sędzia, gwiżdżąc donośnie, czym na jakiś czas powstrzymał słowne utarczki, które przemieniły się w donośne brawa, podczas których gracze wbiegli na parkiet, by rozpocząć rozgrzewkę.
Początkowo trening przebiegał bez zakłóceń. Obie drużyny ćwiczyły wedle wskazówek trenerów i swoich kapitanów, nie wchodząc sobie w paradę. Tylko Grimmjow i Daiki nie przepuszczali żadnej okazji, by zawadzić o siebie barkami, gdy mijali się, przebiegając długość sali. Tylko raz im się to nie udało, kiedy oboje zapatrzyli się na cheerleaderki, które machały nogami tak wysoko, jakby sponsorowała je jedna z firm bieliźniarskich. Zderzyli się z łoskotem i pełnym impetem. Grimmjow nabiłby sobie guza o szczękę Daikiego, gdyby nie miał tak zakutego łba, za to Daiki rozciął sobie wargę w konfrontacji z arrancarską czachą. Obaj wylądowali na parkiecie, ale to Jaegerjaquez pierwszy skoczył na nogi, jak sprężyna i łaskawie „pomógł” Aomine wstać, targając go za szmaty. Dosłownie, bo materiał koszulki pękł, zanim Grimmjow zdążył podać choć jeden sposób, na jaki zamierza chłopaka ukatrupić i zaprezentować swoją nadludzką siłę, unosząc osiemdziesiąt pięć kilo gościa jedną ręką.
– Zginiesz – przepowiedział Daiki, ocierając usta grzbietem dłoni i celując w Espadę zakrwawionym paluchem. – Nie wiem na jakich sterydach jedziesz, ale i tak cię zniszczę.
Szósty prawie dostał zawału, słysząc swój tekst w ustach kogoś innego, ale zanim zapluł się na amen i zaczął wymachiwać pięściami, Ichigo wraz z Hisagi odciągnęli go w stronę ławki trenerskiej, gdzie Must sprzedał Espadzie ojcowskie trzepnięcie w potylicę stalową zapalniczką i nakazał ignorować przeciwnika. Daikiemu natomiast wydawało się, iż może bezkarnie podskakiwać na środku parkietu w potarganej koszulce, wywrzaskując, że nikt go nie pokona, lecz prędko się okazało, że bardzo się mylił.
– Potrzymaj to. – Akashi wcisnął bidon z izotonicznym napojem  fioletowowłosemu olbrzymowi (który natychmiast osuszył pojemnik, siorbiąc w zadowoleniu) i przestał wykonywać ramieniem obroty, kończąc rozgrzewkę barku. Niespiesznie zakradł się za plecy swojego skrzydłowego i postukał go w ramię, a kiedy Aomine się odwrócił, dwubarwne spojrzenie Seijura zamigotało w świetle reflektorów. Daiki stracił równowagę i grzmotną na tyłek, a wtedy kapitan złapał go fraki i zaciągnął za linię autu, gdzie próbował udzielić mu dalszego ciągu lekcji wychowawczej przy pomocy nożyczek, które wydobył z kieszeni. Na szczęście najbardziej opanowany z całego grona Cudów Midorima w porę zarekwirował ten niebezpieczny przyrząd jako swój „szczęśliwy przedmiot na dziś”.
Dzięki tym interwencjom przed rozpoczęciem meczu nie doszło do rozlewu krwi, nie licząc tych kilku kropel, które utoczył z pyska Aomine i któremu teraz Ikari pieczołowicie opatrywała ranę. Żeby dostać się na wysokość jego twarzy musiała użyć dwóch cheerleaderek, którym wlazła na ramiona, bo rozjuszony chłopak nie chciał nawet na chwilę usiąść, wciąż powtarzając, że „zajebię go, zajebię tego chuja”. Próbowała również dołączyć w gratisie do plastra kilka porad na temat nie zadzierania z destruktywnymi Arrancarami, ale Daiki w ogóle jej nie słuchał, pochłonięty zerkaniem na ławkę Karakury, przy której zgromadziła się cała drużyna, wysłuchując ostatniej przemowy trenera. Oczywiście Grimmjow miał ją w wielce królewskim poważaniu i również wolał ciskać swojemu niebieskowłosemu rywalowi mordercze spojrzenia, dodając do tego wszystkie znane mu gesty, które obrazowały śmierć w męczarniach. Kiedy po raz dwudziesty przejechał palcem po swoim gardle i wskazał na niego, granatowe oczy Aomine przeszyły błyskawice, które nie miały zgasnąć przez całą jego grę. Na twarz chłopaka wypełzł psychopatyczny uśmiech, a na niego samego zstąpił nagły, niepodobny do niego spokój, jakby spłynął z niego cały gniew i stres.
Hope you got your things together
Midorima poprawił okulary i szturchnął w bok Rotę, wskazując podbródkiem na emanującego silną, naelektryzowaną aurą Aomine.
– Zone – zrozumiał blondyn, uśmiechając się kącikiem ust. – Chętnie zobaczę, jak teraz go powstrzymują.
Trybuny się zapełniły, na parkiet wyszedł przedstawiciel organizatorów turnieju, by powitać zgromadzonych i drużyny, które wyszły na środek, kłaniając się sobie nawzajem (tego uprzejmego gestu darowali sobie obaj niebieskowłosi skrzydłowi). Kibice okrasili oficjalne rozpoczęcie meczu gromkimi brawami, cheerleaderki obu drużyn zaczęły energiczne zagrzewanie do boju, a sędzia poprosił o wystąpienie kapitanów. Ichigo i Seijuro zostali na środku, a cała reszta zawodników zajęła miejsca, jedni na ławce rezerwowych, inni na swoich pozycjach na boisku.
– Jesteś pewny, chłopcze, że ten koleś to wciąż licealista? – zapytał sędzia, kiwając głową w stronę stojącej poza środkowym kołem drużyny Karakury i patrząc na Jaegerjaqueza.
– Jasne. Parę razy został w tej samej klasie, dlatego jest taki… Taki.
– On już chyba ma zmarszczki – zauważył sędzia, przyglądając się Espadzie z uwagą.
– W każdej chwili mogę pokazać panu jego szkolną legitymację. – Kurosaki założył ręce na ramiona. – A jak chce pan być taki skrupulatny, powinien pan także wylegitymować naszych przeciwników. – Tym razem to Zastępczy wskazał podbródkiem w stronę rozrośniętego na ponad dwa metry Murasakibarę. – Nie powie mi pan, że on wygląda na swoje szesnaście lat.
– No dobra, a tamten? – Nie ustępował arbiter, dla odmiany wskazując teraz Minako. – Ten z kolei wygląda, jakby dopiero co opuścił podstawówkę.
– Ale się pan uczepił. To moja… Eee… Mój brat. Bliźniak. Nasz rozgrywający – wytłumaczył rudzielec totalnie nieprzekonującym tonem, robiąc przy tym minę wskazującą na to, że sam by sobie nie uwierzył.
Sędzia długą chwilę przyglądał się rodzeństwu, mrużąc oczy i dłużej przyglądając się klatce piersiowej Minako. Shinigami wciąż wyglądała podejrzanie, mimo iż starała się zakamuflować biust bandażem uciskowym i koszulką z numerem dwudziestym czwartym, w której tonęła.
– To gender jeszcze zrozumiem, taka moda, ale na cholerę wam taki kurdupel?
– EJ! – oburzyła się Kurosaki. – Rozgrywający zawsze są niscy!
– Nie aż tak. – Po tym spostrzeżeniu sędzia zrezygnował z dalszych dociekań. Toutou wygrało losowanie i wybrało swoją połowę boiska. Kapitanowie zamienili się miejscami ze swoimi środkowymi. Murasakibara i Chad zajęli pozycje, wyciągając w górę ręce. Sędzia wyrzucił w górę piłkę, a zawodnicy wyskoczyli w tym samym momencie.
Mecz się rozpoczął.
Yasutora był masywniejszy, a Atsushi wyższy i to właśnie on wybił piłkę jako pierwszy, kierując ją czubkami palców w stronę Aomine, który bez problemu poradził sobie z odebraniem tego podania i pognał na kosz przeciwnika jak wzburzone tornado. Nikt nie był w stanie go powstrzymać. Wykorzystując zawahanie rywali, zdobył pierwsze punkty efektownym wsadem.
Kibice Toutou zawyli z radości, fana „Fuck the King” zatrzęsła się w wiwacie, cheerleaderki skandowały, wykonując gwiazdy i salta, a Daiki spokojnie wrócił pod swój kosz. Wsparł ręce na kolanach i oczekiwał kontrataku, ciskając z oczu granatowe błyskawice.
Karakura ruszyła, wykonując zgrane podania, dopóki piłka nie trafiła w ręce Szóstego. Od tej pory przez następne minuty mecz toczył się tak, jakby na parkiecie było tylko dwóch zawodników. Aomine i Jaegerjaquez przemieszczali się spod jednego kosza pod drugi, nawzajem zabierając sobie piłkę, blokując swoje rzuty i ignorując członków swoich drużyn, którzy po chwili jak jeden mąż założyli ręce na ramiona, obserwując samolubną grę kolegów. Dzięki „zone” oraz wysoko rozwiniętym talentom szybkości i zręczności licealista dotrzymywał Arrancarowi tempa. Mało tego bawił się coraz lepiej, bo wreszcie trafił na równego sobie przeciwnika. Zazwyczaj rozgrywał mecze nie dając z siebie ani połowy tego, na co było go stać, bo mało kto był w stanie przeciwstawić mu się na boisku. Przez jakiś czas stracił nawet motywację i wiarę, że jeszcze kiedyś ktoś rzuci mu koszykarskie wyzwanie, a tak się stało dzisiaj, bo chociaż Grimmjow nie miał takiego doświadczenia jak Aomine, grający w kosza od dzieciaka, to nadrabiał swoimi nadnaturalnymi zdolnościami. A nauka zasad, które pułkownik wpajał mu na treningach, nie poszła w las i wystarczyła, by Espada pojął podstawy i połączył je ze swoim naturalnym instynktem, w efekcie czego wytworzył swój własny, destruktywny styl.
Także teraz kozłował tak mocno, że niewiele brakowało, by na parkiecie zostawały wgniecenia. Używając sonido, przedostał się wprost pod kosz Pokolenia Cudów i wzbił się w górę, by wsadzić piłkę przez obręcz, ale Daiki w porę wyskoczył do bloku. Przez chwilę obaj wisieli w powietrzu, obaj trzymali łapy na piłce, pchając je w dwie różne strony i kiedy już wydawało się, że piłka nie wytrzyma ich zaborczości, wymknęła się spod ich palców. Minako i Ichigo w nadziei, że wreszcie na coś się przydadzą, ruszyli do zbiórki, ale ręka Espady znów wystrzeliła w stronę piłki, a cieniste pazury przedłużyły jego zasięg. Zdołał jeszcze raz rzucić, ale był tu rzut niecelny. Piłka poturlała się leniwie po obręczy i wyleciała poza krawędź. Ichigo próbował dobić, jednak powstrzymał go wyskakujący wraz z nim Kise, odbijając piłkę poza ich pole. Podanie przejął Daiki i znowu niepilnowany pognał po punkty. Mimo, że Espada go dogonił i przesłonił kosz swoim ciałem, wyskakując z przeciągłym warknięciem, Daiki zdołał oddać rzut, chociaż żeby ominąć Szóstego musiał przyjąć niemal poziomą pozycję. Rotująca piłka odbiła się od tablicy i wpadła do kosza.
Kibice Toutou wznieśli wiwat, który bardzo szybko przemienił się jęk zawodu, kiedy ich skrzydłowy został brutalnie faulowany.
Hope you are quite prepared to die.
Po wykonaniu niemożliwego dla przeciętnego gracza rzutu, Aomine udało się jakoś nie wywalić na plecy i sięgnąć adidasem parkietu, a kiedy to zrobił, Grimmjow z pełną premedytacją naskoczył mu na stopę. Dziki uśmiech wykrzywił twarz Espady, gdy wciąż stojąc na stopie rywala, pchnął go barkiem. Tym razem Aomine nie zdołał utrzymać równowagi i runął, łapiąc się za stopę i zaciskając z bólu zęby.
– Jak jeszcze raz trafisz… Nie. Jak jeszcze raz spróbujesz rzucić… Jak jeszcze raz chociaż zbliżysz się do naszego kosza… – syczał Szósty, nachylając się nad Daikim. – To następnym razem ci te giry połamię. – Przestał pastwić się nad swoją ofiarą, dopiero gdy sędzia zagwizdał mu prosto w twarz.
– FAUL! – wrzeszczał arbiter, wciąż dmąc w gwizdek z takim przekonaniem, że Grimmjow odsunął się, opierając ręce na biodrach i krzywiąc się z niesmakiem. – Faul przy rzucie! Techniczne przewinienie! Na Boga, to nie futbol amerykański!
Na parkiet wbiegli medycy. Jaegerjaquez tylko wzruszył ramionami i odszedł, za to Ichigo poczuł się w obowiązku stanąć w obronie swojego zawodnika, choć znów zabrał się do tego bez przekonania.
– Panie sędzio, jaki faul… Chłopak wlazł mu pod nogi, jak Jaegerjaquez akurat spadał…
Arbiter tylko uniósł brwi i spojrzał na Ichigo, jak na ostatniego barana i dmuchał w gwizdek za każdym razem, gdy Zastępczy otwierał usta, by coś jeszcze dodać do linii obrony swojego skrzydłowego, aż w końcu machnął z rezygnacją ręką i odpuścił.
– Jeden rzut wolny za faul przy wykonywaniu rzutu. Dwa rzuty wolne za przewinienie techniczne! – Wydał werdykt sędzia i podszedł do Daikiego, który wciąż siedział na parkiecie, podpierając się rękami i krzywiąc, gdy lekarz spryskiwał mu nogę sprayem zamrażającym. – Chłopcze, będziesz w stanie wykonać rzuty?
Aomine uniósł głowę i chociaż wciąż zagryzał wargi, w jego oczach płonęła jeszcze większa wola walki.
– Nie zejdę, dopóki nie skopię mu tego owłosionego, błękitnego tyłka.
– No, tylko bez takich. Ciebie też mogę ukarać.
– Wstajesz? – Gigantyczny cień pochylił się nad Aomine, wyciągając rękę.Daiki uścisnął ją i pozwolił się podnieść, a potem wsparł się na ramieniu Murasakibary, który odprowadził go do ławki, przy której drużyna uzupełniała płyny i wysłuchiwała wskazówek trenera.
– Daiki. – Tym razem Akashi nie musiał unosił głowę, by spojrzeć swojemu skrzydłowemu w twarz, bo Aomine stał przygarbiony, próbując rozruszać stopę. Uniósł spojrzenie, zaglądając w dwukolorowe oczy Seijura i spodziewając się reprymendy, ale kapitan tylko uśmiechnął się ostrzegawczo. – Nie daj się zabić, co?
Tylko prychnął w odpowiedzi, zabrał z ławki jeden z bidonów i wycisnął z niego wodę wprost do gardła, tylko po to, by się nią zakrztusić, gdy chabrowowłosa postać wparowała w niego jak ludzka torpeda, obejmując go w pasie.
– Ty pierdolnięty na mózg imbecylu – wyzywała Ikari stłumionym głosem, wymieniając wszystkie znane jej synonimy „imbecyla”. – Miałeś z nim nie zadzierać! – kontynuowała, gdy już zdecydowała się oderwać twarz od brzuch Aomine. – Chcesz zginąć?!
– Nikt dzisiaj nie zginie, nie przesadzaj – stwierdził Daiki pewnym tonem, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo się myli. – Gdzie żeś się szlajała po nocach, hm? – zapytał, odsuwając ją od siebie na odległość ramienia.
– To nie jest teraz istotne! – Ikari nie dała za wygraną. Usadziła licealistę na ławce i z troską zaczęła ocierać jego twarz z potu, ale przez to, że patrzyła w stronę Espady, żaden z niebieskowłosych nie był uradowany.
– Dzięki, Grimm. – Ichigo walnął Arrancara w ramię. – Przez ciebie już dostajemy w dupę, a założę się, że zaraz dojdą im dodatkowe punkty w wolnych… Słuchasz, co do ciebie mówię? Na co się gapisz?
– Koleś już jest martwy.
Kurosaki podążył za jego spojrzeniem.
– Bo Hagane go lubi?
– Bo ma numer piąty. – Grimmjow szarpnął za własną koszulkę, na której pyszniła się niebieska szóstka. – Nienawidzę tych z piątkami.
– Nienawidzisz każdego numerka innego niż sześć – zakpiła Minako, zjawiając się u boku brata.
– Nieprawda. Te szybkie numerki też lubię. – Kobaltowe oczy błysnęły do kompletu z białymi kłami.
– Czyli jednak chodzi o Ikari. – Minako wzięła wdech. – TO MOŻE DLA ODMIANY ZRÓB COŚ, ŻEBY WYGRAĆ TEN MECZ, A WTEDY ONA ZNOWU OKAŻE CI W SZATNI TROCHĘ UCZUCIA! NIE BĘDZIE MIAŁA WYBORU!
Zanim Szósty się odszczeknął, sędzia dmuchnął w gwizdek, a Daiki wyszedł na środek, spokojnie odbijając piłkę. Zatrzymał się w strefie rzutów wolnych, zmierzył kosz znudzonym spojrzeniem, spojrzał na Espadę i rzucił. Wciąż stał nieruchomo ze zgiętym nadgarstkiem, kiedy widownia nagrodziła brawami jego udany rzut. Podobnie jak dwa następne. Przez cały ten czas chłopak nie odrywał od Arrancara mściwego wzroku, ale dopiero po wykonaniu serii rzutów, pozwolił sobie na minimalny, zwycięski uśmiech.
Looks like were in for nasty weather.
Grę wznowiło Toutou. Aomine, chociaż wyraźnie utykał, nie dał się ściągnąć z boiska. Jego niebieskie oczy uważnie omiatały pole gry, szukając słabych punktów przeciwnika. Przyjął podanie od Murasakibary i pognał z piłką naprzód, z łatwością ogrywając Hisagiego. Grimmjow zdołał zatrzymać go tylko na moment. Daiki był skupiony na grze dużo bardziej, niż Szósty Espada, który teraz kipiał gniewem, a to nie była dobra taktyka przeciwko zone. Gdy Jaegerjaquez go osaczył, zdołał podać do Akashiego kozłem między jego nogami. Grimmjow zaryczał ze złości i pognał w stronę Seijura, zostawiając bez krycia Aomine, który bezproblemowo przesunął się pod kosz i wyskoczył do niego w porę, by dobić rzut Akashiego, a kiedy został zablokowany przed Sado, piłkę zebrał Kise i podał do Midorimy, który trafił za trzy punkty. Twarz Daikiego przeszył grymas bólu, gdy wylądował na ugiętych nogach, ale kiedy tylko spojrzał na tablicę wyników, natychmiast się rozpogodził. Wracając na swoją połowę boiska, wyciągnął do Grimmjowa środkowy palec.
Być może właśnie to ostatecznie rozwścieczyło Grimmjowa.
– Sam się o to prosiłeś – zawarczał Espada, pierwszy raz podając do kogoś ze swojej drużyny. Zdziwiona Minako złapała piłkę i przez chwilę stała nieruchomo, jakby nie wiedziała, co z nią teraz zrobić, ale kiedy nabiegł Ryota, podała po koźle do swojego brata, zanim blondyn zdążył odebrać jej piłkę.
– Cześć, mała. – Kise puścił do niej oko, konspiracyjnie trącając ją w ramię  łokciem. – Nie myślałem, że jeszcze się spotkamy. I to w takich okolicznościach.
– Zamknij się – syknęła Shinigami, gdy akurat mijał ich sędzia. – Zdemaskujesz mnie?
– Spokojnie, mam inne zamiary – uspokoił ją licealista, a kiedy rudowłosa podbiegła pod kosz, próbując wysunąć się na czystą pozycję, deptał jej uparcie po piętach, otaczając długimi ramionami, za każdym razem, gdy groziło jej jakieś podanie. Kurosaki mogła prychać i próbować różnych sztuczek, żeby przechytrzyć blondyna, ale on był na to za cwany. I zwyczajnie dobry w tym, co robił.
– Nie nudzi ci się? – zapytała Minako, gdy Kise wytrwale krył jej pozycję, uniemożliwiając wykonanie w jej stronę żadnego podania.
– Ani trochę.
Nie nudziło się też Grimmjowowi, który stracił zainteresowanie piłką, za to również za cel postawił sobie dokładne krycie zawodnika przeciwnej drużyny. Tego z numerem piątym. Przy tym pomału spychał go w stronę linii środkowej, jak drapieżnik,  próbujący zapędzić zwierzynę w kozi róg. Co w końcu mu się udało. Kiedy już odseparował go od reszty graczy i oboje znaleźli się za plecami sędziego, pysk Szóstego Espady rozjaśnił uśmiech szaleńca.
– Odkąd pierwszy raz się spotkaliśmy, ciśniesz się do gipsu – podzielił się z koszykarzem swoim spostrzeżeniem. – Dzisiaj w końcu się doigrałeś.
Aomine nie zdążył rzucić żadnej kąśliwej riposty. W jego kolanie nagle coś chrupnęło i przeszył je porażający ból, od którego zabrakło mu w płucach powietrza. Pobladł i opuścił wzrok. Nie zauważył, kiedy błękitnowłosy znalazł się na tyle blisko, by wjechać mu w nogi i to z taką parą, jakby jego własne nogi były zakute w stalowe nagolenniki.
– Co, do kurwy… – zaklął Daiki, podnosząc napełniające się łzami bólu oczy na Espadę, a kiedy próbował zrobić krok, kolano ugięło się pod nim i z przepełnionym cierpieniem krzykiem przewrócił się, próbując rękami zamortyzować upadek, żeby dodatkowo nie uszkodzić kolana.
Mecz został przerwany, lekarze znów skupili się wokół Daikiego, a wezwany przez głównego arbitra sędzia liniowy próbował wytłumaczyć, co się stało.
– N-Niczego nie widziałem! – Nie była to czcza wymówka, bo mężczyzna nie miał prawa dostrzec faulu popełnionego przy pomocy sonido, ale arbiter nie sprawiał wrażenia, że mu wierzy, patrząc w stronę Jaegerjaqueza. – T-To chyba ten m-mokry parkiet… Musiał się po-o-ślizngnąć.
Tym razem Daiki nie był w stanie opuścić boiska o własnych siłach i potrzebne były nosze. Trener natychmiast zrobił zmianę, wpuszczając na jego miejsce Kuroko, chociaż Aomine protestował i zarzekał się, że dalej może grać, mimo iż nie był w stanie zapanować nad łzawiącymi z bólu oczami.
– Schodzisz, Daiki, to oczywiste. W przerwie odwozimy cię do szpitala, żeby ci to prześwietlili. – Trener wskazał na jego sine kolano.
– Nie. Nie zdejmiesz mnie. – Jakimś cudem chłopak zdoła się podnieść, odtrącając rękę lekarza, z której wyrwał zamrażacz i potraktował nim solidnie swoje kolano. – Zagram do końca.
– Siadaj, Daiki. – Tym razem to Akashi wydał mu polecenie. – Jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek zagrać w kosza, usiądź na dupie albo od razu poproś medyków o piłę i amputuj sobie ten durny łeb, skoro zerwane więzadła to dla ciebie za mało.
Aomine zacisnął zęby i przez chwilę wciąż podszyte błyskawicami spojrzenie mierzyło się z tym heterochromicznym, aż błyski w granatowych oczach zgasły. Daiki wyszedł nie tylko z zone. Odwracając się napięcie i utykając, bez słowa wyszedł do szatni.
Ikari nie widziała tego incydentu, bo od kilku minut tarła oczy, walcząc z rozjeżdżającą się ostrością pola widzenia.
– Zabiję tego Uraharę, sprzedał mi jakieś gówno, nie gigai… Ej. Ej, ty. – Złapała za łokieć cheerleaderkę po swojej prawej stronie. – Co tam się dzieje?
– Zaraz będziemy dawać układ o…
– Nie, idiotko, na boisku!
– Och. Więc… Ci drudzy są przy piłce… Taki rudy. A…
– Daiki, gdzie jest Daiki?!
Zanim dziewczyna odpowiedziała, uczucie niepokoju zniewoliło Ikari, a przepełniony bólem okrzyk chłopaka wpędził ją w paraliż. W tym jednym momencie zdała sobie sprawę z kilku rzeczy. Że całkiem oślepła na lewe oko, że z niewiadomej przyczyny chce jej się śmiać, że słyszy w głowie szept i że paraliż nie ustępuje.
JUŻ CZAS.
Nie, jeszcze nie teraz.
MOJA KOLEJ. OBIECAŁAŚ.
Nie. Nie chcę.
JEDNE TWOJE OKO I TAK JUŻ JEST MOJE.
One eye is taken for an eye.
Nie taki był układ.
NIE PYSKUJ.
Kirai, przestań.
Poczuła, że podnosi prawą rękę, chociaż nie ona nią poruszała i topornie odgarnia sobie z twarzy włosy. Poczuła na twarzy dotyk swoich opuszków. Obcy. Obraz w prawym oku zaczął migotać. W końcu zapadły ciemności.






_________________
Na zakończenie drrrugi arrrt, czyli najbardziej zapijaczona kapitan everrr ;))




14 komentarzy:

  1. Dobra, większość winy (tak z sześć, no siedem i pół dziesiątych) za tak późne wstawienie rozdziału biorę na siebie, bo ostatnimi czasy Wilczy została zmuszona do pisania szotów dla mnie i mojej haniebnej wizji ratowania świata przed morderczymi instynktami wilków na terenie malego miasteczka w Kalifornii... whatever. Nieważne, ważne, że jest wreszcie rozdział i wreszcie udało im się wejść na to przeklęte boisko! [Jeszcze o własnych siłach z własnej, może nie całkiem nieprzymuszonej woli]. Nie wiem, jak Renji wyobraża sobie postawienie choćby jednego kroku na parkiecie w takim stanie, ale ja mu osobiście życzę powodzenia i mogę nawet ścierać parkiet starymi szmatami po Aizenie. Jednakże, nie mam do końca pewności, czy Byakuya uratował go, bo to jego porucznik, czy poszedł tam, bo jest gorszym parszywcem niż Sousuke. Tak czy srak, moim zdaniem IT'S A TRAP! Kirai. Ja wiedziałam, że tak będzie. Nic nie mówię, nie spojleruję, tylko czekam na rozwój wydarzeń i na to, jak tek skubaniec sobie poradzi z tym wszystkim. Bo zebranie w jednym ciele tylu mocy, nawet ziemskich zawsze niesie za sobą konsekwencje, tylko jestem ciekawa, jak to rozegra. Powodzenia, tęczowa szmato. :D Generacja na Sterydach. xDD "Co bierzesz? Tak Serio? HGH? Promieniowanie gamma?" :D [Dobra, już nie będę cytować. 24 na koszulce wystarczy] xD
    "– Zamienia się w żigolaka?" nie zdziwiło by mnie to. :P
    Ja nie wiem, ja serio nie wiem i nie chcę wiedzieć... DLACZEGO IKARI MIAŁA KRAWAT NA GŁOWIE. ;P
    "– Jesteśmy uratowani!" Za bardzo zaleciało mi tu twoim bratem, który durnie to kiedys powtarzał, ale wybaczam.
    " – Już sporo się natłumaczyłam podczas waszych treningów, że ten szajs na twoim ryju to ochraniacz na zęby, które wybili ci w ostatnim meczu. Ale to, że żyjesz, mając wylotową dziurę w brzuchu, raczej ciężko będzie wytłumaczyć, nie sądzisz?" Czekałam na to od zawsze. <3
    Na następne święta Bożego Narodzenia chcę koszulkę z Łysym i megafonem "BANDA ŚWIRÓW CHULIGANI SZYNYGAMY".Gdzieś parę razy przewinęło mi się "Karakuła" iwie wiem czy to tak ma być czy ci automatycznie zmieniało :P Chcę zobaczyć zdjęcie z legitymacji szkolenej Jaeggerjaqueza. Fana, nie fama „Fuck the King” xD Mam nieodpartą ochotę podbiec na sektor przeciwników i skroić im tą fanę. :D "Daiki zdołał oddać rzut, chociaż żeby ominąć Szóstego musiał przyjąć niemal poziomą pozycję." Fadeaway, skubany. :D Dobrze idzie, dobrze idzie. A jak na nich, to dosyć późno zaczęli się faulować. Myślałam, ze najpierw będzie po kolejce w ryj, a nie w kosz. :P
    " tego owłosionego, błękitnego tyłka." Fuj. xD
    "– Nikt dzisiaj nie zginie, nie przesadzaj " i tacy giną pierwsi. xD
    " jakby nie wiedziała, co z nią teraz zrobił, " zrobić? :)
    Kise przypomina mi kogoś. Może nie z włosów ani z ryja,ale zachowaniem. ;> Nie wiem czemu, może czasami głupotą też. ;>
    A najbardziej podoba mi się zakończenie.Bo tak. Może Daiki jest "tym trzecim" w hierarchii Iki, ale tak dla mnie powinno być i chuj. I zaczyna się.
    I Bad Moon Rising. "Musisz się nauczyć nie ufać lisom". I SPEDALONYM KOLOROWYM PUSTYM.
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pierdolony word, poprawiłam, thx, thx, thx. karakuła, ja pierdole, ale wymyślił. i ani razu tego nie zauważyłam. nastepnym razem przysiądę do korekty bardziej wyspana, bo widocznie plan 4 na 24 jest debilny.

      Usuń
    2. jeszcze bardziej debilny niż 8 na 72.

      Usuń
    3. Jeżu, Phoenix, co Ty za herezje prawisz? Sugerujesz, że Byakuya z całą swoją wspaniałością i wyższym poziomem chłodu, niż klimatyzacja zimą, jest po stronie tatusia (czyt. Aizena) albo gorzej?
      Dobrze, że Ikari miała krawat tylko na głowie, bo tu bym się nie zdziwiła innych wersji nawet trochę...

      Usuń
  2. kwiik! Wreszcie rozdział! Jeżu wreszcie mam co czytać chociaż jestem w trakcie zmiany miejsca zamieszkania i tak biorę się za czytanie.
    Chcesz opierdol? Proszę bardzo: Co to ma kurwa być, że się tak długie przerwy robi, co? Co to takie wgl? Jak śmiałaś tak długo kazać nam czekać?! Ty niedobra Ty! Nic, ani nikt nie daje Ci prawa, żeby mieć takie opóźnienia! Lepiej?
    Dżizys 400 stron? Jeszcze trochę a przebijesz całą serię HP długością.
    Btw. Ej >.< Kto takie ładne arty zrobił, lol,kto to ta Tris, nie znam jej. >.<
    Kwiiik! Krwawy księżyć, fuck yea! Krwawy księżyc! Renji! Wiedziałam, Renji! Ej, jemu nawet trzeba współczuć. Jak go sobie tak wyobrażam to bym normalnie utuliła, no. I Byakuya, zimny profesjonalizm o twarzy shinigami.
    "Ze szczegółami. Jeśli coś przemilczysz, wtrącę cię do takiej celi, że zamknięcie tutaj będziesz wspominał z rozrzewnieniem."
    Tutejszy Byakuya mnie wnerwia, bo nie wiem, czy się martwił tylko dobrze to ukrywa, czy serio jest takim dupkiem.
    "Poskoczył, chwytając się za serce, kiedy gdzieś po drugiej stronie szafek, za którymi się chował, trzasnęły kilkukrotnie metalowe drzwiczki w akompaniamencie żarłocznego śmiechu."
    Tu w pierwszym słowie literka zjedzona chyba.
    Okej. Przeciągnięte "R" oznacza Ikę, a dokładniej pewnie Kiraia, ale kogo ściga nadal nie wiem. Szczelam, że Daiki ucieka, ale głowy nie dam. Boru kochany! 14 ran! Czytając to sama miałam ciarki!
    Konwersacja Musta i Minako <3 Grim- żigolak. W sumie to mi podsunęło pewien pomysł... Ale nie wiem czy to dobrze...
    Oh... Grimm. Ale żeby w piszel od razu? Toż to boli na samą myśl.
    "– A dlaczego, kurwa, nie. – Grimmjow ziewnął, prezentując zestaw kłów."
    Ja się przyłączam do tego pytania :)
    "Grimmjow spojrzał na Kurosaki, jakby nie do końca zrozumiał ostatnie zdanie i zastanawiał się, czy dziewczyna mu przypadkiem nie grozi."
    Alkohol straszna rzecz. Wyżera mózg.
    "Nie zamierzał jednak trząść portkami ze strachu na widok tak tęczowego składu."
    Tak! <3
    "– Bo co? Nie widziałaś w życiu nagiego faceta i boisz się, że dostaniesz udaru? – Wyszczerzył się złośliwie. "
    I za to go uwielbiam.
    "icji „mężczyzna” to taki półmózg jak ty? – Rzuciła mu w twarz koszulką z wielką niebieską szóstką. – Już sporo się natłumaczyłam podczas waszych treningów, że ten szajs na twoim ryju to ochraniacz na zęby, które wybili ci w ostatnim meczu. Ale to, że żyjesz, mając wylotową dziurę w brzuchu, raczej ciężko będzie wytłumaczyć, nie sądzisz?"
    Trafiona zatopiona! Po tym tekście jestem Twoja!
    "Tylko raz im się to nie udało, kiedy oboje zapatrzyli się na cheerleaderki, które machały nogami tak wysoko, jakby sponsorowała je jedna z firm bieliźniarskich. Zderzyli się z łoskotem i pełnym impetem."
    Ja to już widzę. I lubię.
    "– Zginiesz – przepowiedział Daiki, ocierając usta grzbietem dłoni i celując w Espadę zakrwawionym paluchem. – Nie wiem na jakich sterydach jedziesz, ale i tak cię zniszczę."
    Tak... Sterydy... Czysty etanol co najwyżej.
    " – Jesteś pewny, chłopcze, że ten koleś to wciąż licealista? – zapytał sędzia, kiwając głową w stronę stojącej poza środkowym kołem drużyny Karakuły i patrząc na Jaegerjaqueza.
    – Jasne. Parę razy został w tej samej klasie, dlatego jest taki… Taki.
    – On już chyba ma zmarszczki – zauważył sędzia, przyglądając się Espadzie z uwagą."
    Hahaha.
    "Karakuła ruszyła, wykonując zgrane podania, dopóki piłka nie trafiła w ręce Szóstego"
    I widzę, że Phoenix już wspomniała, bo wiedziałam czy to przypadek, czy sprawdzasz jak uważnie czytamy, czy narrator po prostu nie lubi teamu Karakura.

    OdpowiedzUsuń
  3. No i kurwa nie zmieściłam się w jednym no. Wiedziałam!

    " Faul przy rzucie! Techniczne przewinienie! Na Boga, to nie futbol amerykański!"
    Przyznaj się, Hiruma brzęczał Ci nad głową przy pisaniu.
    "– Bo ma numer piąty. – Grimmjow szarpnął za własną koszulkę, na której pyszniła się niebieska szóstka. – Nienawidzę tych z piątkami."
    Ich nikt nie lubi.
    "– Odkąd pierwszy raz się spotkaliśmy, ciśniesz się do gipsu "
    Jaka groźba. O jaaaa!
    Czyli jednak Daiki ginie. T.T chlip chlip.
    Mam tylko jedną uwagę, z tego, co mi wiadomo to nieważne jak bardzo nieludzcy są bohaterowie przy prawdziwie zerwanych więzadłach nie byłby w stanie stanąć na tej noce nawet na chwile. W ogóle. Zero. Chyba że naderwane, ale to już znowu nie taka tragedia tylko boli. Sorry czepiam się wiem, ale dla mnie to duża różnica zerwane, czy naderwane. Zboczenie zawodowe.
    Jakież mroczne zakończenie. Wilczy zacznij pisać dramaty psychologiczne!
    Generalnie? Rozdział genialny, akcja się zacieśnia, jeżu, te emocje!
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja Ci dam, "nie znam Tris", ja Ci dam!!!!!

      gdzies jeszcze jakas karakuła sie ostala? Oo nie widze! a szukam z ctr i altem! aaa!

      kurde, nie mialam na mysli, ze ma zerwane wiezadla, akashi pierdoli glupoty, ale faktycznie, skoryguje to, zeby nie wprowadzac w bład. mimo ze nasterydowani to tez bym sie nie posunela do tego, zeby przemieszczac kogos z takim urazem.
      .
      .
      .
      chyba. sama nie wiem co sie jeszcze zdarzy, dzizys :D

      :* :* :*

      Usuń
    2. Btw. To jest moja odpowiedź na Grimmjowa- żigolaka.
      http://tenebristristitia.deviantart.com/art/I-m-sorry-I-had-to-do-that-T-T-541809656?ga_submit_new=10%253A1435169316
      Sory bo chciałam zrobić całego arta, ale nie dałabym rady tych kolorów tak, więc jest tylko sklejka >.<

      Usuń
  4. Wybacz mi SPAM
    Cóż to za blask strzelił tam z okna? Tak, to nowy spis: W Przestworzach A&M wznoszący się coraz wyżej. Pomóż mu w tym i zgłoś swojego bloga do nas:
    http://przestworzach-m-a.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja pierdziele Wilczy gdzie ja wsiąknęłam na tyle czasu to ja nie wiem sama o.O Tyle mnie ominęło, ale już nadrobiłam :P Nawet na dniach (hmmm weekend?) dodam rozdział na swojego karygodnie zaniedbanego bloga więc wiesz dam znać :D
    No a co do nowych rozdziałów... tym razem Twoich :P
    <3 <3 <3 <6 <6 *.* *.* Grimmi pokazał pazurki >^.^< Mrrr uwielbiam go w Twoim wydaniu :P
    Kurcze ciekawość mnie zżera co się stanie z Aomine, bo Kirai coś knuje czego jeszcze ja nie odkryłam. Aż mam wyrzuty sumienia, że "nie lubiłam" (nie, za mocno powiedziane... nie przypadł mi do gustu) drugiego Niebieskiego... :P Hmmm ciekawi mnie jak Ikari sobie z tym poradzi... No i niech Szósty w końcu zrobi porządek z tym jej Pustym bo aż mi się wierzyć nie chce, że nie będzie między nimi konfrontacji... ;)
    No i mecz :D w końcu do niego doszło xD
    Mimo, że miałam tyle do nadrobienia (3 rozdziały? Dla mnie dużo :D) to tak mi się szybko przeczytało.... :<
    Idę nadrobić zaległości, jak tutaj już skończyłam :P
    Czeeekam :* :* <6

    OdpowiedzUsuń
  6. Te 90% i rozdział za kilka dni niech zmieni bo mi sie ciągle wydaje, że juz kolejny. Mi tu nie ściemnia, a poważnie to brać sie do pisania, nie żebym miała za duzo czasu, ale jak bedzie przeczytam przeciez.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nadrobiłam wszystko, bądź dumna, do jasnej cholery, i nie zabijaj mi Ulquiorry. Rhan możesz, zasłużyła.
    Arty Tenebris są powalające, zwłaszcza pijana Ikari, co ona tam wgl chleje?! Kawał świetnej roboty, i te ich uśmieszki... Dreszcz człowieka przechodzi.
    Wilczy, nie wiem, czy o to Ci chodziło, gdy pisałaś dwa ostatnie rozdziały, ale nie mogłam unosić się, jak zwykle, nad zajebistym sposobem przekazywania informacji ani skupiać się na tym, że wielbię Twój styl narracji. Nie mogłam, choć przychodizło mi to z trudem. Jak przełknęłam w końcu oba chaptery (w trybie ekspresowym i w niektórych momentach prawie się dławiłam) to tak właśnie teraz siedzę i myślę. A to zdarza mi się zdecydowanie zbyt często ostatnimi czasy i nigdy, powitarzam, nigdy nic dobrego z tego nie wychodzi. Wycieczki osobiste na bok, idziemy Drogą.
    Mecz opisałaś z mnogością detali, nauczyłam się paru nowych rzeczy o meczach koszykówki, za co ukłony etc etc etc. Jak zwykle w Twoim wypadku - brak jakiejkolwiek trudności z wyobrażeniem sobie wszystkiego: złości Aoimne, złośliwego rechotu i determinacji w zniszczeniu Grimmjowa, panice Minako, oburzeniu Ichigo...Z jednej strony mam ryk trybun, szaleństwo i cięte dopingi, z drugiej dopada mnie cisza tego rodzaju którego nie lubię, bo wiem, że coś w niej siedzi. I teraz wiem, że siedzi w niej Kirai. No i Aizen. Mam cały czas złe przeczucie, a już w ogóle jak dociera do mnie że Aho zginie. I że zabiją go ręce Ikari. Nie mam pojęcia jak, jakim cudem, ale zupełnie mi się to nie podoba. Plan Kiraiego wydaje mi się dziwnym, a na pewno makabrycznym. Nie wiedziałam, że ta łajza potrafi przejmować zdolności innych, ani że uwieźmie się konkretnie na pokolenie cudów. Ale na pewno jest do tego zolny i to rozwiewa wątpliwości. Z drugiej strony jest też rozmowa z Aizenem, któa mocno mnie niepokoi. Sądzę, że nawet z Muken maczał w tym paluchy, a to jego wyśmianie dewizy "wszystko jest jego planem" jak dla mnie jest na wyrost i sztuczne. Nie jest wszechmocny, więc sam niewiele mógłby zdziałać, chociaż Kyoraku go tam wie, a w takim razie rzeczywiście ma wtykę w szeregach Sould Society. Gin i Tousen z oczywistych powodów odpadają. Reszta Arrancarów także, chociaż dziwnie mi zniknęli Szayel i Nnoitora. Oni też są w to zamieszani. Teraz, gdy Byakuya odnalazł Renjiego, trochę mi zeszło ciśnienie, ale dlaczego Kirai (bo nie mam wątpliwości, że to on) uwięził Abaraia? Miałam trochę nieprzyjmene przypuszczenie, że może jakoś, w dziwny sposób, Renji współpracuje z Aizenem, ale natychmiast po urodzeniu je zabiłam, bo jest nielogiczne w stosunku do tego, co mówił wcześniej. Wydaje mi się, że Abarai chciał chronić Ikę na swój sposób ale w coś się sam, lub ktoś go, wjebał i nie mógł po prostu powiedzieć Ikari co się dzieje. Na pewno Wszech tatko ma tutaj swój udział, albo tylko Rada, ale wtedy czy Kyoraku o niczym by nie wiedział? Przehandlowali Ikę (Kisuke nie biorę pod uwagę, bo on nie mówił tego serio) i teraz kombinują coś grubszego. Ale zrobili to tylko po to, by Grimm trzymał się z dala? Coś wątpię, w końcu gdyby naprawdę im zależało to zwołaliby paru ludzi i ruszyli do Hueco Mundo. Nawet król nie jest niepokonany, a gdyby go wyeliminowali, to nie byłoby strachu że wróci. Problem z Ikari też by się szybko rozwiązał, bo jeszcze wcześniej nieszczególnie była do Szóstki przywiązana, więc nie opłakiwałaby jego śmierci jakoś szczególnie.
    No i gdzie teraz podziewają się Czwórka i Wilczy Arrancar?
    Wilczy, wiesz, że ja Twój styl kocham i bardzo podziwiam. Ciebie, jako autorkę, bardzo szanuję. Ale zabiłaś mi takiego ćwieka, że nie mogę się na niczym skupić, co jest trochę problematyczne, bo jestem w pracy. Wiem, że wszystko się wyjaśni, ale nasila się we mnie przekonanie, że to nie będzie dobry koniec.
    W ogóle uderza mnie cały czas, że relacja Ikari i Miny się totalnie rozwaliła. To też na pewno odegra jakąś rolę, zwłaszcza że Mina jest teraz brana za taką trochę wariatkę. I w sumie poparcie na swoją wersję wydarzeń znajdzie tylko u Ikari, paradoks.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję sobie wytłumaczyć, że to tylko fikcja, ale tak mnie wzięło, że nie mogę.
      Podejrzenia Kisuke co do Toshiro może nie zbyt uzasadnione, ale zgadzam się, że powinien sprawdzić wszystkich. Doceniam to, że się chłop martwi, ale mam wrażenie, że chodzi nie o samą Ikari, ale o to, że Kisuke czuje się winny, bo przez niego Hollow może ostro nabroić. Ostatecznie Urahara nie jest szczególnie empatyczną osobą, bo pod maską troskliwego sklepikarza ( i konserwatora) wyczuwam zimnego, wyrachowanego naukowca, którego pociąga zmiana natury. Kłóć się, ale i tak mam rację.
      Mam nadzieję, że trochę podniosła się Twoja samoocena od ostatniego czasu, bo naprawdę Wilczy, piszesz wspaniale i świetnie to wszystko tworzysz. Dialogi to moje fejwryty, sama wiesz o tym, i jak czasem coś palniesz, to mi się to przez cały dzień w głowie kotłuje i sama do siebie cieszę ryja. Jest to szczególnie niebezpieczne, że robię to w autobusach a do psychiatryka daleko nie mam...
      Nie wiem, co kombinuje Grimm w tym wszystkim ale wydaje mi się, że ma swój plan. I że jego królestwo może na tym planie trochę ucierpieć.
      Ciekawi mnie, że Grimmjow nie wyczuł obecności Kiraiego, chociaż w obecności Ichigo i Hagane to nie znowu takie trudne. Ale jako król, mimo wszystko... No i że Kirai się nie boi tak otwarcie, w sumie, postępować. W końcu nie codziennie mordują w szatni jednego z najlepszych koszykarzy. Kirai to świr.

      Feniks ma rację, ten okrzyk bojowy wydaje się świetnym motywem na koszulkę, tak btw.

      Końcówka tego rozdziału mnie zniszczyła. Nie wiem, czy się śmiać czy płakać, bo atmosfera schizofrenii towarzyszy mi od pierwszego akapitu (gratulację, wilcza mendo), ale obawiam się reakcji Szóstki na to wszystko. A jeszcze bardziej reakcji Ikari gdy dotrze do niej co się stało z Daikim. Nie przejdzie nad tym do porządku dziennego i poważnie się obawiam, czy nie zaliczy wizyty w jakimś shinigamowym psychiatryku. Bo bimber to jej nie bardzo pomoże tak, jak pomagał do tej pory.
      Sporo teorii mi się tutaj natworzyło, ale tylko u Ciebie jadę z takimi komentarzami, wiesz? Tylko tutaj łapie mnie taka powaga i taka wariacja, i normalnie siedzę i rozmyślam nad treścią życia czy coś równie idiotycznego. I nie przeszło mi dopatrywanie się drugiego dna w Drodze, cały czas czuję pod tą złością, nienawiścią i agresją (i kilkoma tonami destrukcji) jakąś melancholię. Coś, co przekazujesz mi tak subetlnie, że zapominam o większości rzeczy. Nie potrafię tego sprecyzować, ale w złości zawoalowałaś smutek. Prawdopodobnie celowo. I wielu podobnych, negatywnych rzeczach, zakamuflowałaś inne. Więc kiedy czytam, to widzę te drugie, te wykraczające poza złość i nienawiść, te silniejsze.

      Usuń
    2. Skończyłam, do cholery. Jak nie odbierzesz tych komentarzy jako komplementy, to więcej niczego nie skomentuję!
      Więcej Grimmjowa i to natychmiast. Muszę wiedzieć, co się będzie działo. Rusz wilczą sierść! Łeb do góry.
      Nie mam pojęcia jak to robisz, ale te wstawki na czerrrrwono są hipnotyzujące i robią mega wrażenie podczas czytania. Adekwatnie tak barzo.
      Kocham Cię. Ju noł? I tego... Grimma też, tak w sumie, bez tej jego niebieskiej mordy nie byłoby tak ciekawie na świecie więc...No... tego. Cytując was "Tch."

      Usuń